piątek, 2 grudnia 2011

Dysproporcje w dziennym zasięgu papieru i Internetu są nawet 10-krotne.

Alarmujące dane napływają z rynku mediów papierowych. W Polsce ma się wrażenie że wydawcy zagubili się technologicznie, a rynek mediów jest w niezwykłym niedorozwoju. Alarmujące są bardzo niskie nakłady gazet codziennych w stosunku do liczby ludności. Chcąc osiągnąć poziom czytelnictwa prasy w RFN, sprzedaż gazet winna być nawet 6-ciokrotnie wyższa. 

Jako ekonomiści przestrzegamy, że zastój na rynku mediów, także mediów branżowych, nawet społecznościowych mediów branżowych, prowadzi do strat w kapitale ludzkim. Wydawcy są często ludźmi ideowymi, czasem ukrytymi politykami, nie mają aktualnych kompetencji z uwagi na braki w systemach doszkalania wydawców, mają już bardzo małą wiedzę na temat zmian technologicznych. Odrzucają, w radykalnych przypadkach, propozycje zmian wysuwane przez ekspertów z tych dziedzin, z którymi współpracowali i zbudowali swoją pozycję.

Nawet media społecznościowe są w Polsce w niedorozwoju, wciąż niewiele czasopism opartych jest na tej idei. Brakuje struktur finansowania takich wydawnictw, które często osiągają przyzwoity poziom. Rozwój mediów społecznościowych obnażył stan polskiego dziennikarstwa, często całkowicie upolitycznionego. Gazeta Wyborcza popiera dziś Platformę Obywatelską, sądząc z opublikowanego na pierwszej stronie jednego z przedwyborczych wydań, komentarza redaktora naczelnego, sprzecznego z europejską tradycją dziennikarstwa apolitycznego. Ale ta gazeta już chyba nie jest dominującym rozgrywającym.

Podajemy wyniki czytelnictwa mediów elektronicznych w Polsce. Nastąpił upadek prasy papierowej. Największe polskie portale to np. Facebook, który w lutym 2011 r. odnotował już 10 mln 38 tys. użytkowników (por. http://webhosting.pl/10.mln.uzytkownikow.Facebooka.w.Polsce )

1
google.pl

2
facebook.com

3
google.com

4
youtube.com

5
onet.pl

6
allegro.pl

7
Wirtualna Polska wp.pl

8
gazeta.pl

9
wikipedia.org

10
interia.pl

11
nk.pl

12
Blogger.com
blogspot.com

13
mbank.com.pl

14
yahoo.com

15
o2.pl

16
pudelek.pl

17
goldenline.pl

18
sport.pl

19
ceneo.pl

20
otomoto.pl

21
demotywatory.pl

22
kwejk.pl

23
home.pl

24
tvn24.pl

25
filmweb.pl

Portal money.pl jest 26-ty, Rzeczpospolita- 57-ma, Bankier.pl- 61, portal Trojmiasto.pl- 71, telewizja TVN- 72, gazeta Dziennik- 97- ma, Rządowy kanał TVP- 108, Puls Biznesu pb.pl- 130, portal tokfm.pl- 141, polskie skyscrapercity.com- 169, Portal o mediach wirtualnemedia.pl- 181, portal BBC- pozycja 191. Salon 24 zajmuje 212 pozycję. Wiadomości24.pl są dopiero na miejscu 324, Wpolityce.pl- 411, polityka.pl- 414. Najpopularniejszą witryną polityka i jedyną jaką znalazłem w tym zestawieniu jest www.korwin-mikke.pl, lokujące się na 494 pozycji. Kampanią prasową w najpoczytniejszym dzienniku możemy dotrzeć do np. 300 tys. czytelników, zaś, jak podaje portal Webhosting.pl, dzięki zastosowaniu Reach Block- tzw. "dniówek" możliwe jest dotarcie do ok. 3 mln czytelników dziennie.


Porównanie liczby użytkowników oraz zasięgu serwiwsów społecznościowych (Megapanel PBI/Gemius 2011.02), wg http://webhosting.pl/10.mln.uzytkownikow.Facebooka.w.Polsce

czwartek, 17 listopada 2011

Wg szacunków, polskie media lokalne są w jedynie ok. 20-25 % niezależne od władz

Porządek medialny w Polsce może i powinien budzić trwogę. Wiele osób z mojego środowiska nie czyta niemal żadnych mediów polskojęzycznych poza społecznościowymi, ich gazety codzienne to jakaś wypadkowa z takich mediów jak Frankfurter Rundschau, The Guardian, The Independent, wszystko to pochłaniane przez Internet. Dzięki takim mediom jak Twitter uzyskali dostęp do reprezentantów światowej opinii publicznej. Twitter czy Facebook jak żadne inne media obaliły wyłączność miejscowej prasy papierowej na kształtowanie tej opinii. Sam już nieomal nie czytam polskiej prasy codziennej, znając niekiedy osobiście dziennikarzy oraz praktyki sprzedawania w domach medialnych reklam wraz z „pozytywnymi artykułami”, informacjom gospodarczym w nich zawartym- jako ekonomista nie ufam, traktując te relacje przez pryzmat wcześniejszych dokonań danego dziennikarza.



W polskich mediach jest coś niepokojącego. To- w ok. 80 procentach- nie są media w których, w mojej opinii, można opublikować krytykę władz.Tydzień temu na przykład idąc ulicą Skaryszewską do naszej akademii sportowej, spotkałem mężczyznę który dopytywał się o drogę do dworca PKS, notabene drugiego najważniejszego w Warszawie. Duży, nawet międzynarodowy dworzec PKS Stadion nie wiadomo czy zlikwidowano, czy przeniesiono, ku zaskoczeniu poasażera nie pozostawiając żadnej, najmniejszej informacji, dokąd ów dworzec przeniesiono lub co mają zrobić potencjalni pasażerowie. Sam nie miałem takiej wiadomości, mężczyznę mogłem jedynie odesłać na rozkopany plac przed Dworcem Wschodnim gdzie chwilę wcześniej stał jakiś pojedynczy autobus dalekobieżny. Te same historie o zdenerwowanych zagubionych pasażerach usłyszałem z ust moich przyjaciół również przechodzących regularnie w tej okolicy.

To się dzieje w stolicy, w sercu ok. 2-milionowej aglomeracji. W każdej chyba normalnej demokracji taka władza, popełniająca takie wpadki, nie miałaby szans na reelekcję. Niemniej, jakość demokracji zależy od możliwości wymiany informacji między członkami populacji. Tajemnicą poliszynela rozmaitych młodych warszawskich środowisk jest to że w zasadzie w Warszawie nie ma popularnego, silnego, lokalnego, nieuwikłanego politycznie medium. Nie ma gdzie, nie ma komu wysłać niezależnego tekstu do publikacji.

Dotychczasowe media reprezentują raczej grupy konkretnych interesów gospodarczo- politycznych, lub obozy konkretnych ideologii politycznych. Ongiś miałem nawet być przyjemność wkręconym przez jedno z mediów w kampanię jakiegoś polityka lokalnego o którym nie miałem żadnego wówczas pojęcia. Zgłosiłem się z ciekawą propozycją do redakcji, i jako że wówczas rynek polityczny okazał się w Warszawie w dużej mierze sprzęgnięty z medialnym, w redakcji gazety codziennej wpięto mój pomysł w czyjąś kampanię wyborczą.

Wiara w to że w Polsce panuje „wolność prasy”, jest całkowitą niedorzecznością w mojej opinii. Sytuacja ta jest kompletnie nieobecna na polskiej prowincji, gdzie wciąż lokalna prasa rozdaje karty w lokalnej polityce, a liczba wydawców jest bardzo niewielka (mamy duopole i oligopole). Ta „wolność prasy” na pewno nie dotyczy różnorakich mniejszości, które nie wydają swoich tytułów prasowych. Nawet znani ekonomiści piszą w gazetach lokalnych, w tych ogólnopolskich jakby zabrakło dziś dla nich miejsca.

Idąc ową ulicą Skaryszewską w Warszawie bodaj dwa dni wcześniej, pogrążony w rozmowie z przyjaciółmi z naszego klubu sportowego, boleśnie uderzyłem się w głowę znakiem drogowym, zamontowanym na tak pechowej wysokości (powyżej oczu, ale jednak na ok. 1,8 metra wysokości nad ziemią) aby uderzyć przechodzącego pod nim nieostrożnego przechodnia w głowę. Z racji remontu sieci komunikacyjnej zamknięto tory tramwajowe w okolicy, początkowo nie wprowadzając jednak żadnej zastępczej komunikacji autobusowej (tych „zatramwajów”, ongiś tak oczywistych przy zamykaniu ruchu tramwajowego w całej dzielnicy). Dojazd do okolic Stadionu Narodowego, np. Teatry Powszechnego, w sieci wiecznych remontów jest bardziej jak utrudniony, czasy przejazdu transportem zbiorowym do centrum są horrendalnie długie. Aktualne relacje autobusów dla osób rzadziej bywających w okolicach Stadionu Narodowego są zagadką.

Chciałem nawet skorzystać z oferty kolei miejskiej. Jechałem komunikacją miejską korzystając z biletu normalnego, nie okresowego. Te bilety, co nie wszystkim jest wiadome, nie obowiązują w pociągach głównego przewoźnika na śródmiejskiej średnicowej linii kolejowej. Ważne są jedynie bilety długookresowe. Chcąc dojechać w okolice stadionu z zakorkowanego centrum miasta koleją, musiałbym odstać w kolejce do kas i kupić egzotyczny bilet pomiędzy dwoma śródmiejskimi stacjami w Warszawie. Takiej egzotyki nie znajdziemy już w żadnej dużej europejskiej aglomeracji. W Polsce uchowały się prawdziwe dinozaury systemów biletowych.

Dobiegła mnie informacja iż Michał Pretm zamknął swój watch-dogowy serwis bloggerski publikujący krytykę lokalnych władz Warszawy. W sferze finansowania mediów była to z pewnością walka Dawida z Goliatem. Warszawskie władze dopłacają do wydawania gazet bezpłatnych, jeden z miejskich bezpłatnych dzienników publikował regularnie całe dodatki i strony sponsorowane (całkowicie jawnie) przez miejscowe władze. Dopłaty do gazet stołecznych kosztowały bodaj 15- 20 mln PLN rocznie.

Jak podaje autor artykułu „Lokalna prasa a samorządy”, aż „jedna trzecia periodyków lokalnych ukazujących się na terenie naszego kraju jest wydawana lub współwydawana przez jednostki samorządu terytorialnego„. Tymczasem w Niemczech urzędy wydają jedynie tzw. „Amtsblatty”, pisma i dzienniki urzędowe, czasem mające dobrej jakości teksty dziennikarskie i przypominające tradycyjną prasę. Są one jednak odpowiednio oznaczone, nie roszczą sobie pretencji do bezstronności, nie przypominają pism sektora prywatnego.

„Głównym argumentem wysuwanym przeciwko nieskrępowanemu prowadzeniu przez samorządy działalności prasowej jest fakt, że wydawane przez nie gazety stanowią nieuczciwą konkurencję dla niezależnej prasy lokalnej”- dowodzi autor. Pisze też o zakulisowych metodach wpływu na niepokorne redakcje czasopism prywatnych:

„Do najpopularniejszych form represji wobec „niepokornych” tytułów lokalnych należy obłożenie redakcji danej gazety embargiem na dostęp do informacji oraz wstrzymanie publikowania na jej łamach płatnych ogłoszeń samorządowych.Lokalni urzędnicy niekiedy wymuszają również na miejscowych podmiotach gospodarczych zaprzestanie umieszczania reklam w określonych periodykach, szantażując przedsiębiorców groźbą bojkotowania ich firm w publicznych przetargach lub sabotowania ich działalności nieustannymi kontrolami różnego rodzaju służb podległych samorządom (np. inspekcje sanitarno-epidemiologiczne, kominiarskie itp.). Do rzadkości nie należy także eksmitowanie redakcji z lokalu wynajmowanego przez nią od gminy lub powiatu. W skrajnych  sytuacjach dochodzi nawet do wyrzucania z pracy tych dziennikarzy i członków ich rodzin, którzy zatrudnieni są  w podległych samorządowi instytucjach.”

No cóż, praktyka potwierdza te doniesienia. Gdy, wściekły na jedną z lokalnych gazet, niemal w ogóle nie publikującą głosów krytyki, spotkałem się z jej redaktor naczelną, ta narzekała iż była swego czasu objęta „embargiem informacyjnym” ze strony miejscowych władz, właśnie w odwecie za krytykę.
Jakub Parnas pisze: „Warto dodać, że podobną podatność na naciski lokalnej władzy wykazuje również nierzadko lokalna prasa tzw. III sektora, czyli tytuły wydawane przez różnego rodzaju lokalne stowarzyszenia, organizacje pozarządowe i fundacje. Ze względu na szczupłość własnych zasobów finansowych, tego rodzaju gazety w wielu przypadkach uzależnione są bowiem od życzliwości władz samorządowych i wsparcia powiązanego z nimi lokalnego biznesu.” Nie jest tajemnicą, iż lokalne media wydawane przez organizacje pozarządowe mają „dworski” charakter. Rynki reklamowe są płytkie, takie media utrzymują się jedynie z dotacji.

Autor cytuje szacunki Włodzimierza Chorązkiego z Ośrodka Badań Prasoznawczych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wg Chorązkiego, „jeśli uwzględnić opisane powyżej źródła nacisku, to faktyczną niezależnością cieszy się jedynie co czwarta – piąta prywatna gazeta lokalna. Do tego wąskiego grona zaliczyć można bowiem jedynie te tytuły, które zdołały wypracować sobie finansową stabilność i samowystarczalność oraz względnie duże zaplecze czytelnicze. Tylko w takiej sytuacji lokalna gazeta uzyskuje bowiem możliwość oddziaływania na miejscową rzeczywistość i wpływania na działania lokalnych decydentów.

Mający nadzieję na zmiany w polskiej rzeczywistości nie wiedzą nawet, jak płytkie są rynki reklamy w sieci Internet. Są zbyt płytkie by utrzymać lokalne media. Wg Jakuba Parnesa szansą są dopiero minikoncerny mediów lokalnych, skupiające po kilka- kilkanaście tytułów, mające możliwość osiągnięcia efektów skali i zakresu. Wymaga to jednak znacznych, niekiedy wielomilionowych inwestycji. W ogóle całe pole mediów lokalnych jest w Polsce bardzo mało opisane i zbadane. Polska wydaje się nadal tkwić w medialnej rzeczywistości krajów rozwijających się, z tym że np. rynek stacji telewizji naziemnej jest wciąż monopolem.

W Wenezueli czy Brazylii potrafi działać po kilka- kilkanaście konkurencyjnych naziemnych telewizyjnych stacji prywatnych. W Polsce przyznano tylko jedną koncesję telewizyjną dla stacji Polsat, mimo że jej właściciel nie posiada wymaganego prawnie wykształcenia wyższego. Drugą stacją z największym zasięgiem w kraju jest stacja TVN. Polscy badacze mediów mówią o duopolu TVN/ Polsat na rynku stacji prywatnych. Te dwa koncerny współpracują nawet razem tworząc TV4, kolejnego nadawcę naziemnego, przez niektórych dziennikarzy wbrew faktem przedstawianego jako niby niezależnego gracza na rynku- w istocie będącego w posiadaniu wymienionych wcześniej stacji. Stacja ta nie nadaje już nawet swojego dziennika z wiadomościami, programu informacyjnego.

W krajach rozwijających się istniały przypadki podobnych sytuacji rynkowych. Dopiero zbiorowa akcja konkurencyjnych wydawców, jak w Meksyku, umożliwiła demonopolizację rynku telewizyjnego. W Polsce także zachodzi taka potrzeba. Całe części populacji, w tym mnie, pozbawiono jakichkolwiek mediów audiowizualnych, poza mediami w sieci Internet (Facebook, Twitter). Dziwne że w Wielkiej Brytanii zadowala mnie format publicznych stacji takich jak BBC 1 Extra (urban music) czy BBC 4 (inteligent talk, speech station for curious minds).

Rozmawiałem niedawno z moim znajomym na stałe mieszkającym w Brukseli. Odwiedził rodzinny przygraniczny Szczecin, dziwiąc się pustym ulicom i pozamykanym knajpom w sobotni wieczór już o 8-mej wieczorem. Zauważył że w polskiej rzeczywistości ogromną rolę odgrywają plotki, i portale plotkarskie w rodzaju Twitter czy Facebook są to jedynie interesujące źródła informacji. Upolityczniona Polska Agencja Prasowa nawet w świecie znanych mu dziennikarzy została zdetronizowana przez poranną lekturę doniesień znajomych z sieci Facebook.

Być może polską rzeczywistość Anno Domini 2011 należy rozpatrywać już w kategoriach rzeczywistości „po śmierci gazet codziennych”. Znana z Europy prasa codzienna z wyższej półki w ogóle nawet nie powstała. Dziennikarstwo śledcze zanikło, a opublikowanie na czołowej pozycji krytycznego artykułu na temat zabłąkanego podróżnego szukającego drugiego najważniejszego dworca autobusowego w mieście, w mojej opinii nie jest możliwe w tzw. „prasie mainstreamowej”, bardzo upolitycznionej, publikującej raczej stronników politycznych właścicieli. O stacjach radiowych czy telewizyjnych nawet nie wspominam.

Literatura:
Jakub Parnes „Lokalna prasa a samorządy”, on-line:
http://samorzady.polska.pl/goracytemat/article,Lokalna_prasa_a_samorzady,id,361549.htm

wtorek, 11 października 2011

Jakość polskiej polityki można poprawić tworząc lepszej jakości media

Te wybory pokazały jak wciąż wielką siłą są media "starych technologii". Już nie decydują jednak całkowicie, ale są nadal głównym rozgrywającym. Ich wpływ polityczny był przecież ewidentny.

Wiodące media nie jest jednak aż tak tragicznie trudno zrobić. Huffington Post zbudowany na platformie Movable Type, dostępnej nawet bezpłatnie, popularny, acz obskórnie wyglądający Drudge Report- to przykłady nowych, współczesnych mediów z "pierwszej półki" stworzonych niedawno, przez światłe jednostki ery informacji. Nie wspominam o rewolucji jakiej dokonały media społecznościowe.
Wiele nowych mediów wystartowało ściągając różne znane persony, autorytety kultury czy nauki (często zresztą wystarczyło że otwarły łamy dla wybranych lub dla wszystkich, autorytety same napłynęły wraz z ich odbiorcami). Ich wydawcy zadziwiająco szybko trafili na listę 100 najbardziej wpływowych osób, pod niektórymi artykułami pojawia się po 30 tysięcy komentarzy.
Polsce przydałyby się dogłębne zmiany na tej, dziś skostniałej, liście wpływowych osób. Obecnie bowiem ta lista wpoływowych postaci mediów jest czymś niepokojącym, szczególnie oglądana z perspektywy ekonomisty. Nie sądzę bowiem by w polskim tzw. "mainstreamie" wiele do powiedzenia mieli eksperci, specjaliści, o ile nie są dobrymi kumplami właściciela stacji czy też nie podlizują się "nieomylnym naczelnym". Owi "nieomylni" są nawet niekiedy przeciętnymi ignorantami, nie potrafiącymi nawet poprawnie określić, jaką ideologię polityczną reprezentuje aktualna koalicja. Ale władza, jaką posiadają, jest nieprzeciętna.

Głównym kosztem w tworzeniu mediów są nawet nie koszty kontentu, co koszty nagłośnienia, reklamy ich startu. Analitycy rynku mediów przed laty zauważali że polską specyfiką jest dominacja "starych mediów", brak jest nowych gwiazd na tym rynku. Główne polskie portale wg rankingu Alexa to:

1
google.pl

2
facebook.com

3
google.com

4
youtube.com

5
onet.pl

6
allegro.pl

7
Wirtualna Polska wp.pl

8
gazeta.pl

9
wikipedia.org

10
interia.pl

11
nk.pl

12
Blogger.com
blogspot.com

13
mbank.com.pl

14
yahoo.com

15
o2.pl

16
pudelek.pl

17
goldenline.pl

18
sport.pl

19
ceneo.pl

20
otomoto.pl

21
demotywatory.pl

22
kwejk.pl

23
home.pl

24
tvn24.pl

25
filmweb.pl

Portal money.pl jest 26-ty, Rzeczpospolita- 57-ma, Bankier.pl- 61, portal Trojmiasto.pl- 71, telewizja TVN- 72, gazeta Dziennik- 97- ma, Rządowy kanał TVP- 108, Puls Biznesu pb.pl- 130, portal tokfm.pl- 141, polskie skyscrapercity.com- 169, Portal o mediach wirtualnemedia.pl- 181, portal BBC- pozycja 191. Salon 24 zajmuje 212 pozycję. Wiadomości24.pl są dopiero na miejscu 324, Wpolityce.pl- 411, polityka.pl- 414. Najpopularniejszą witryną polityka i jedyną jaką znalazłem w tym zestawieniu jest www.korwin-mikke.pl, lokujące się na 494 pozycji.

Wielu wciąż się wydaje że opinią publiczną niepodzielnie rządzą papierowe gazety codzienne. Tymczasem te dinozaury minionej epoki walczą ze spadkami nakładów, a ich dzienne nakłady są kilkakrotnie mniejsze niż liczba użytkowników największych polskich sieci społecznościowych.

Sam już nie czytam prasy papierowej, mam smartfon i twitter'a. Do gazet papierowych się niejednokrotnie zraziłem: jest tajemnicą poliszynela że reklamodawcy często zakupują w domach medialnych reklamy "wraz z artykułem". Czytelnicy mają także coraz większe horyzonty. Kiedyś naiwnie wierzyłem w większą uczciwość mediów, dziś śmieję się z mojej łatwowierności. Polską opinią publiczną rządzą coraz bardziej opinie wygłaszane poza edytorialami czy kolumnami op-ed, głos cichych autorytetów z Facebook'a, Twittera czy Google+. Etatystyczny ludowiec Adam Michnik jest już znacznie słaszym media-baronem niż był nim dekadę temu.

Jak zmienić układ sił w Polsce? Stworzyć silne media, wbić się do pierwszej 10-tki polskich serwisów www. Rządzi bowiem ekonomika przyciągania uwagi, economics of attention. Ludzka uwaga jest dobrem skąpym, jest definiowana jako ukierunkowane zaangażowanie umysłowe nad określonym urywkiem informacji. Urywki te docierają do naszej świadomości, poświęcamy uwagę poszczególnemu urywkowi i następnie decydujemy o naszym działaniu (Davenport & Beck 2001, str. 20).

Wraz z rozwojem rynku treści, skąpym i ograniczającym zasobem w jej konsumpcji staje się ludzka uwaga, atencja. Herbert Simon w 1971 roku pisał że w świecie bogactwa informacji, ich mnogość jest przeciwstawiona nieliczności tych, którzy tą informację konsumują. Wg Simona jest dość oczywiste że informacja pochłania uwagę odbiorców. Stąd: bogactwo informacji wywołuje niedostatek uwagi. Powoduje konieczność jej wydajnego rozlokowania pomiędzy źródłami informacji które mogą skonsumować naszą uwagę.

Simon zauważał w 1996 roku, że wielu projektantów systemów informacji swój problem zdefiniowali jako niedostatek informacji, niż jako niedostatek uwagi. W efekcie zbudowali systemy zorientowane pod dostarczanie coraz to większej ilości informacji. Podczas gdy potrzebne byłyby raczej systemy wyfiltrowujące informacje mało ważne lub nierelewantne i podające te najbardziej istotne. W ostatnich latach przedstawienie problemu przeładowania informacją (information overload) jako problemu ekonomicznego, tak jak to uczynił Simon, upowszechniło się.

W Polsce wciąż istnieją grupy dla których mediów brak. Czy polscy intelektualiści mają jakiś "wysoce opiniotwórczy" portal, miejsce dyskusji elit nauki i kultury? Niespecjalnie chyba? Takim miejscem są dziś trochę portale Facebook, Google Plus czy Twitter, w zależności od tego jakich znajomych mamy w naszych kręgach.

Albo też istnieją portale w ogóle niekomercyjne, mające fatalny dizajn, druzgoczącą nawigację. Niezależnie od intelektualnych treści, są raczej trumną dla polskich tuzów intelektu. Ich wydawców można przez 3 lata bezowocnie prosić o zamontowanie kanału RSS pozwalającego w ogóle podlinkować ich wydawnictwo według współczesnego standardu web 2.0. Nawet jeśli publikują tam moi znajomi, i mój akademicki nauczyciel, to ja czynię to z poczuciem bezsensowności- platforma blogerska jest niepodlinkowana do głównej witryny portalu, i doprawdy nie mam najmniejszego pojęcia jak internauci mieliby tam trafić.

Jako ekonomista zaniechałem niemal publikowania, odzywania się poprzez teksty. Nie jesteśmy w mainstreamie- jakby to powiedzieć. W Polsce drastycznie brak jest mediów typu "upper market", przeznaczonych dla tych chcących być dogłębnie poinformowanymi. Istnieją co prawda polityczne kwartalniki różnych opcji, ale teksty są często fatalnie zredagowane, portale odpychają od lektury, a papier to medium już martwe dla młodszych pokoleń. Po papier sięgają gdy w pociągu brak jest prądu do laptopów, albo stracą zasięg sieci w smartfonie.

Jak zmienić Polskę? Tworząc profesjonalne, zawodowe media, choćby i małe, ale sprawne. Nawet małe portale mieszczące się w pierwszej 500-ce zatrudniają choćby jednego dziennikarza, w całości ich załoga może liczyć nawet 3 osoby. Jeśli prześledzimy pierwszą 500-kę polskiego internetu, to można się jednak zmartwić. Nie ma tu wielu portali politycznych, a już w ogóle brak "poziomu think-tankowego", czasopism propagujących różne nowoczesne idee gospodarcze, kulturowe czy społeczne. Skąd więc miałyby iść zmiany? Jak na razie, lukę tą wypełnił portal Facebook, dając użytkownikom możłiwość mash-upowania mediów z różnych źródeł.

Media dają władzę polityczną, i w polskiej rzeczywistości mają ją także portale na czele listy: przecież gazeta.pl czy onet.pl mają ogromny wpływ na polską politykę. Proszę sobie wyobrazić że oto zaistniałby tutaj jeszcze inny gracz... Niemożliwe? Wygląda to trochę jak matrix, walka o pozycję w gigantycznej bazie danych... Ja sam- nie posiadam nawet swojej witryny internetowej, poza profilami w sieciach społecznościowych. Choć prowadzę różne bardzo niszowe portale.

Polskim internetem rządzą także silne przyzwyczajenia internautów. Pamiętam ciekawy incydent półtorej dekady temu, w Paryżu, pracując w wielkiej międzynarodowej organizacji. Pracujący tam Polak stwierdził że nic się w Polsce nie zmienia, i na dowód otworzył portal Onet.pl i wskazał na ukazujące się tam artykuły. A być może po prostu ów portal nie proponował żadnych zmian, a inne portale po prostu nie zabiegały o przyciągnięcie i zdobycie takich czytelników jak ta osoba?

Niedawno w Warszawie zaginął kitesurfer i wakeboarder, niejaki Filip "Batman" Dymkowski. Byłem pod wrażeniem zasięgu całkowicie oddolnej akcji informacyjnej jaką rozwinęli jego znajomi. Plakaty o zaginionym napotkałem wielokrotnie na terenie całego kraju, obklejono większość dworców w pobliżu Warszawy etc. KOmunikatów o poszukiwaniu zaginionego pełno było w sieciach społecznościowych, podobno wzmiankowano o nim w mediach ogólnopolskich. Na hasło "Filip Dymkowski zaginął" wyszukiwarka Google podaje 35 tysięcy wyników, całkiem sporo jak na jedną osobę. Okazuje się że grupa osób może w skali kraju nagłośnić swój komunikat, i to nawet bez większych kosztów. O zaginionym tajemniczo wakeboarderze dowiedziała się znaczna liczba osób, i jeśli czytając te słowa również słyszałeś o zaginionym Filipie, to pokazuje to skalę i możliwości zakomunikowania informacji bez angażowania większych kapitałów, metodami DIY.
Fot. Zaginiony kitesurfer (za gp24.pl)


Dlaczego nikt nie stara się zmienić w Polsce jej świata medialnego? Logika podpowiada, że nikomu nie chce się, a stan obecny wielu grupom nie wydaje się aż tak doskwierać by zechciały się one zabrać za stworzenie własnych mediów.
Przecież można, ba, to dość dobry biznes. Na razie palmę pierwszeństwa mają portale raczej zaniżające jakość debaty politycznej. Słychać czasem o pomysłach gazet codziennych, ale tytuły jakie powstają potrafią być kierowane do zawężonego targetu, ich wydawcy nie wydają się być otwarci na różnorodne środowiska, mniejszości, albo też nie zauważają nie tylko nisz rynkowych.
Wielki sukces odniósłby portal prasowo- njusowy który zdetronizowałby onet.pl czy gazeta.pl, i zaapelował np. do współczesnych mieszkańców miast. Przecież to kwestia kampanii billboardowej, kilkumilionowego kapitału, i często zebrania tylko tekstów już opublikowanych w sieci by stworzyć polski odpowiednik Huffington Post. Jak na razie, portali próbujących konkurować z tymi największymi jest bardzo niewiele, i jest to konkurencja na mało wymagającą popkulturę.
O rynku wysokim, bardziej cenionym przez reklamodawców, zapomniano. Intelektualista wykonujący wolny zawód, właściciel firmy, naukowiec, wykładowca, manager średniego szczebla, didżej, twórca kultury: to nie klienci? To przecież najbardziej opiniotwórcza część opinii publicznej, i często dobrze zarabiający ludzie. To, co się im oferuje na rynku medialnym, jest często skandalem. Pora na medialną rewolucję, jak na razie w moim komputerze czynią ją głównie 4. czołowi zwyciężcy polskiego rankingu Alexa.

Literatura:
Davenport, T. H.; Beck, J. C. (2001). The Attention Economy: Understanding the New Currency of Business. Harvard Business School Press. ISBN 1-57851-441-X.
Simon, H. A. (1971), "Designing Organizations for an Information-Rich World", in Martin Greenberger, Computers, Communication, and the Public Interest, Baltimore, MD: The Johns Hopkins Press, ISBN 0-8018-1135-X.
Simon, H. A. (1996), The Sciences of the Artificial (3rd ed.), Cambridge, MA: The MIT Press, ISBN 0-262-69191-4.

czwartek, 16 czerwca 2011

Wydawca Mediów

Witamy w nowym czasopiśmie "Wydawca mediów". Powstało ono w odpowiedzi na rosnący chaos informacyjny niszczący polską gospodarkę. Rynek mediów zawodzi, i warto o tych problemach pisać. Wydawcą czasopisma jest Polish Media Owners Association, przy pomocy takich instytucji jak Instytut Ekonomiczny i Gazeta Zielonogórska.

środa, 15 czerwca 2011

Zalew informacji a emancypacja mniejszości

Ekonomiści dziś coraz to inaczej patrzą na otaczającą nas rzeczywistość. Ekonomia zwróciła się obecnie w kierunku nauk o informacji. Nagrody Banku Szwecji im. Alfreda Nobla w dziedzinie ekonomii dla badaczy ekonomiki informacji są dobrą ilustracją tych tendencji. Daniel Kahneman oraz Vernon L. Smith w swoich badaniach wykorzystywali psychologię ekonomiczną i ekonomię eksperymentalną, integrując wyniki badań psychologicznych do nauk ekonomicznych,. Ekonomistów dziś interesują takie tematy jak podejmowanie decyzji w warunkach niepewności i badania psychologiczne nad ludzkimi osądami. Od 1996 roku trzykrotnie przyznano nagrody w tych dziedzinach, ongiś będących pograniczem nauki. Sam, ucząc się ekonomii poza granicami Polski, miałem na uczelni kursy zarządzania informacją i wiedza ta okazała się jedną z najbardziej przydatnych dziedzin jakich mnie uczono.

Attention economics, ekonomika przyciągania uwagi, „ekonomika oglądalności” jest jednym z takich nowych pól nauki. Ludzka uwaga jest traktowana jako dobro skąpe, zasób skąpy. Stosuje się różne narzędzia klasycznej ekonomii aby rozwiązać problemy zarządzania informacją. Tymczasem obecnie, szczególnie w sieci Internet, mamy do czynienia z niespotykanym zalewem informacji i skąpością uwagi. Herbert Simon już w 1971 roku pisał że w świecie bogactwa informacji, ich mnogość jest przeciwstawiona nieliczności tych, którzy tą informację konsumują. Wg Simona jest dość oczywiste że informacja pochłania uwagę odbiorców. Stąd: bogactwo informacji wywołuje niedostatek uwagi. Powoduje konieczność jej wydajnego rozlokowania pomiędzy źródłami informacji które mogą skonsumować naszą uwagę- tłumaczył Simon.
Simon zauważał w 19996 roku, że wielu projektantów systemów informacji swój problem zdefiniowali jako niedostatek informacji, niż jako niedostatek uwagi. W efekcie zbudowali systemy zorientowane pod dostarczanie coraz to większej ilości informacji. Podczas gdy potrzebne byłyby raczej systemy wyfiltrowujące informacje mało ważne lub nierelewantne i podające te najbardziej istotne. W ostatnich latach przedstawienie problemu przeładowania informacją (information overload) jako problemu ekonomicznego, tak jak to uczynił Simon, upowszechniło się.
To w tym kręgu cytowane są publikacje futurologa Alvina Tofflera takie jak „Future Shock”, a teoretycy tacy jak Ulrich Beck, Anthony Giddens czy Manuel Castells twierdza jakoby od lat 70-tych XX wieku trwa na globalna skalę przekształcanie się naszych społeczeństw ze społeczeństw przemysłowych w społeczeństwa informacyjne. Manuel Castells, obecnie 5-ty najbardziej cytowany badacz nauk społecznych na świecie, i najbardziej cytowany badacz nauk o komunikacji, pracuje na pograniczu nauk o miastach, nauk o Internecie i ekonomii politycznej. Tezą Castellsa jest ta o powstaniu społeczeństwa sieciowego.
Jean- Francois Lyotard z kolei pisze o tym jak wiedza stała się w przeciągu ostatnich kilku dekad główną siłą stojącą za produkcją. Lyotard twierdzi że społeczeństwa postindustrialne czynią wiedzę dostępną dla laików ponieważ wiedza i informacja rozproszyłyby się w społeczeństwie i przełamały Wielkie Narracje scentralizowanych struktur i grup. Lyotard określa te zmieniające się okoliczności mianem społeczeństw postnowoczesnych.
Osobiście nie daję sobie rady z powodzią informacji. Nie jestem w stanie od jakiegoś czasu dopilnować choćby publikacji wszystkich moich artykułów. Sądzę że posiadam około terabajta własnych danych na kilku różnych komputerach. W skrzynce majlowej straszą 64683 wiadomości email, z których przeczytałem jedynie niewielką część, znaczna większość to tzw. lekki spam: rozmaite informacje biznesowe, zaproszenia, informacje od znajomych, także z sieci społecznościowych. Mimo że unikam mediów „spamujących” mnie niechcianymi informacjami i ograniczam się do mediów 2.0. pozwalających abonować konkretne strumienie danych, wciąż jeszcze nie pracuję tak mocno z czytnikami rss, jak zagraniczni profesjonaliści.
Tymczasem jedyną drogą do pozyskania informacji bez zatonięcia w ich morzu jest ich odpowiednie filtrowanie. Czytniki RSS, sieci społecznościowe, twitter- to wszystko szybko stało się podstawą komunikacji całych części społeczeństw. Także dlatego ze tradycyjne media zawodziły z obróbką i filtrowaniem informacji. Ale i one nie wystarczają- w przypadku Polski występuje deficyt informacji wysokiej jakości. Nie dostarczają ich instytucje publiczne w rodzaju GUS, ekonomistów aktywnych publicznie można policzyć na palcach rąk.
W Polsce problemem jest także zawodność rynku informacji. Jeśli pytać w kuluarach dziennikarzy o to, dlaczego tak wiele informacji jest nieistotnym „szumem”, dlaczego tak mało pisze się o sprawach gospodarczych, ci odpowiadają że odpowiednie kwalifikacje zawodowe pozwalające na kompetencję w tej dziedzinie posiada jedynie garstka ludzi mediów. Często jedynie renomowani ekonomiści potrafią wyjaśnić, dlaczego tak mało zarabiamy i dlaczego tego problemu nie można przeskoczyć dodrukowaniem pieniędzy. Przy czym niepewne jest, czy ich głos szerzej słychać. Główne media komercyjne nadają informacje o niskiej wartości, także o niskiej wartości ich wytworzenia. Zatrudniają często niekowykwalifikowany personel, oszczędzają na jego szkoleniu, zresztą polskie uczelnie także zawodzą w szkoleniu kompetentnych kadr.
Komercjalizacja doprowadziła do segmentacji rynku. Do istotnych dla ekonomisty informacji najłatwiej dojść dziś śledząc blogi owych nielicznych ekonomistów. Konieczne jest tworzenie wokół siebie sieci informacyjnych, czy to poprzez np. twitter, czy poprzez sieci społecznościowe, abonując strumienie, często już pochodzące od samych badaczy, specjalistów. Podstawową rolę spełniają wyszukiwarki internetowe, zaś encyklopedie internetowe pełnią role przewodników w świecie często bardzo nowych idei.
Clay Shirky, analityk sieci, w kontekście przeładowania informacją mówi, że jeżeli jakiś problem się powtarza przez bardzo długi czas, to być może nie jest to już problem, ale fakt. Tylko nielicznym udaje się przedrzeć przez dżunglę informacji i dojść do istotnej wiedzy. Dziś trudno utrzymać kontakt nawet z osobami ze swoich środowisk. Wiele osób reaguje wycofywaniem się do tradycyjnych więzów koleżeńskich, sieci towarzyskich. Żyje poza mediami, ociera się jedynie o sieci społecznościowe. Tak może żyć współczesna kontrkulturowa bohema artystyczna i społeczna, której głównym medium stały się sieci społecznościowe. To w nich dopiero aktywni są twórcy młodego pokolenia.
Dziennikarze gospodarczy, świadomie lub nie, generalnie odepchnęli od siebie specjalistów, ekspertów. Stali się narzędziem w rękach lobbystów, polityków. Głos tych środowisk jest głośny, zaś ekspertów na światowym poziomie w Polsce jest jak na lekarstwo. Lobbing środowisk eksperckich jest w Polsce minimalny. Brakuje instytucji grupujących ekspertów różnych dziedzin, zawodzi zresztą już sam proces kształcenia takich kadr. Tymczasem nauka jest coraz bardziej wyspecjalizowana, skupiona na coraz węższych specjalnościach. W Polsce wciąż w mediach mamy bardzo ogólnych ekspertów, brakuje „zejścia w szczegóły”. A to w szczegółach ekonomiki przedsiębiorstw, ekonomik branżowych tkwią przyczyny polskiej pozycji gospodarczej.
Wiele z tych nauk jest w Polsce niedorozwiniętych, wręcz nieistniejących. Poznanie takich zależności wymaga tez od kadr nauki innego stylu życia, bardziej związanego z bohemą kulturalną, ze środowiskami kontrkulturowymi. Współcześni badacze, jak Richard Florida, określają współczesne gospodarki jako związane z produktami kultury. Badają wpływ otoczenia ekologicznego i kulturowego na wykształcenie się kreatywności i gospodarek opartych na wiedzy. Identyfikują klasę kreatywną, definiują jej potrzeby takie jak chęć życia ws tolerancyjnych, otwartych społecznościach, dbałych o poziom infrastruktury, otoczenie i jakość oferty kultury.
W Polsce warunki dla klasy kreatywnej są bardzo złe. Być może to w tym tkwi problem braku innowacyjności polskiej gospodarki. Sam obserwowałem exodus młodej klasy twórczej z jednego z przygranicznych miast. Procesy te zachodzą szybko i w polskich warunkach wydają się mieć długotrwałe skutki. Zerwane zostają podstawy społecznej egzystencji młodej warstwy kreatywnej, zanika oferta kultury, co zgodnie z teoriami współczesnych badaczy prowadzi do dalszego odpływu przedstawicieli klasy kreatywnej.
Miasta i regiony okazują się być mikroekonomiczną siecią współzależności, często opartą na kontrkulturowych grupach, mniejszościach i jednostkach które w polskich warunkach nie mają łatwych warunków rozwoju. Polska obecnie przechodzi rodzaj obyczajowej ewolucji jaką przechodziła Europa późnych lat 60-tych i lat 70-tych. Gospodarcza przyszłość kraju może zależeć od emancypacji różnych mniejszości kulturowych, obyczajowych, wyznaniowych w stopniu większym niż zwykliśmy sądzić. 

Adam Fularz

niedziela, 5 czerwca 2011

Zapaść etyki zawodowej demoluje rynek pracy dla dziennikarzy

Mikroekonomista zainteresowany działaniem polskich instytucji przerazi się funkcjonowaniem otoczki instytucjonalnej świata polskich dziennikarzy, jeśli zechce być na tyle pracowity i wnikliwy, by takie instytucje poddać pobieżnym choćby badaniom. Ujawniony zostanie czysto obrzędowy charakter działania takich instytucji, zdominowanych przez na przykład instytucje nieformalne. Na schodach dowie się że całość organizacji dziennikarskiej tworzą „ludzie bardzo starej daty”, ba, owa organizacja zdominowana jest przez normy społeczne i wartości kojarzone z tymi z Europy Zachodniej sprzed roku 1968.
Środowisko dziennikarskie en gros okaże się nietolerancyjne, wręcz agresywne wobec osób młodszych, niosących i dzielących inne wartości. Można zostać zaatakowanym przez osoby ze środowisk skrajnych, sprawiających wrażenie dominowania takich środowisk. Być może normą takiej organizacji jak Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich jest mobbing, którego sam padłem ofiarą podczas krótkiego touchdown na spotkaniu delegatów tejże instytucji, skupiającej osoby domagające się także „dziennikarstwa bez zasad”, dziennikarstwa zaangażowanego politycznie. Takie poglądy na serio krążą w tym środowisku, którego dotychczasowa pani prezes zechciała ustąpić pod naporem rosnących konfliktów politycznych.
Samo dopuszczenie do głosowania nad wyborem władz licznie przybyłych tram nie-dziennikarzy, posiadających co prawda legitymacje prasowe, ale nie wartości zawodowe, wydaje się powierzaniem losu tej organizacji w ręce zakulisowych instancji, których twarzą może być owa persona atakująca mnie, wyposażona w być może w cały bagaż uprzedzeń. A być może reprezentująca poglądy skrajne, konstytucyjnie wykluczane z debaty publicznej. A cóż, jeśli SDP skupia na przykład kryptofaszystów, tudzież inne grupy znane z podobnego zasobu represyjnych norm i wartości? Charakter owego spotkania: owych obrad za zamkniętymi drzwiami, instytucji zamkniętej dla chcących ją obserwować, wrażenie reakcji ludzi mających chyba wiele do ukrycia, mówił wiele. To przypominało obrady organizacji kraju totalitarnego, nie demokratycznego.
Ekonomiści badający funkcjonowanie gospodarki badają jej instytucje. Cechy pracy dziennikarzy są jedną z kluczowych zasad funkcjonowania rynku mediów. Podczas krótkiego pobytu miałem szansę dowiedzieć się z przemówienia odchodzącej szefowej, że zawodowe normy i wartości odeszły do lamusa, dziennikarze ich przestrzegający stanowią absolutną mniejszość w zawodzie.
Najbardziej uderzającym jest spadek zaufania do zwodu dziennikarza, do efektów jego pracy. Dziennikarzom wierzymy dziś, wierząc przytoczonym przez odchodzącą szefową Krystynę Mokrosińską danych, mniej niż sprzedawcom używanych samochodów. Paradoksalnie, rynek sprzedaży samochodów używanych stanowił pole działań ekonomistów instytucji. Za pracę o tym rynku, zwanym „market for lemons” George Akerlof otrzymał nagrodę Nobla.
Co można wywnioskować z efektów jego pracy? To, że sprzedawcy oferujący produkty gorszej jakości, z ukrytymi wadami, obniżali średnią cenę towarów na tym rynku, zaś kupcy stołujący się tymi dobrami mieli świadomość możliwości trafienia w miejscu "wisienki" na „gorzką cytrynę”- produkt zawierający szereg ukrytych wad. W efekcie wszystkie produkty są na rynku wyceniane niżej, finansowo cierpią także ci próbujący oferować ofertę dobrej jakości- za swoją pracę otrzymują bowiem mniej niż w warunkach przestrzegania zasad przez innych uczestników rynku. Podążamy wręcz do dylematu więźnia: jedna osoba obniżająca standardy ma szansę uzyskać wyższy dochód, ale gdy wszyscy podążą w tym kierunku, ogólna jakość oferowanych dóbr spadnie. Co więcej, dobra o ponadprzecietnej jakości w ogóle nie będa przedmiotem obrotu- uzyskiwana cena będzie zbyt niska by pokryć ich wartośc. 
Dziennikarze nie rozumieją, że prestiż ich zawodu, ich zarobki, ich miejsce w hierarchii społecznej, zależy od jakości pracy innych osób w ich zawodzie. W polskich środowisku dziennikarskim trwa absurdalna dyskusja, a do tego środowiska przyjmowane są osoby nijak nie realizujące w swojej działalności standardów zawodowych. Oto sprzedawcy „gorzkich cytryn” wytłuki sprzedawców "wisienek" i zaniżyli ceny na rynku,e i ograniczyli popyt na dobra wytwarzane przez całą profesję, ba, części dostarczycieli tych dóbr uniemożliwili wejście na oferujący niskie standardy  jakościowe i niskie płace rynek. Przy braku dóbr dobrej jakości, obserwowana jakość dóbr na rynku rynku dalej sie pogarsza, bo kupujący coraz niżej wyceniają przeciętną jakość oferowanych dóbr. Dominuje prawo Greshama- Kopernika: zły pieniądz wypiera dobry. Konkluzja pracy Akerlofa jest następująca: 
"The cost of dishonesty, therefore, lies not only in the amount by which the purchaser is cheated; the cost also must include the loss incurred from driving legitimate business out of existence."- czyli do kosztów nieuczciwości powinniśmy także stratę spowodowanym wypchnięciem oferującego dobrą jakość biznesu z rynku. 
Rynek weryfikuje polskich dziennikarzy. Polska jest krajem bez jednej chociaż gazety rynku wysokiego. Rozwijają się sieci społeczne łączące, ponad mediami, profesjonalistów, ludzi kultury. Debata publiczna dawno już opuściła łamy mediów, „na szczęście” przenosząc się w bardziej egalitarny, bardziej otwarty kanał jakim jest sieć Internet z jej mediami społecznościowymi.
SDP wydaje się być przetrawione instytucjami wewnętrznej cenzury. Funkcjonują tak ci którzy z cieszącego się ongiś większym prestiżem zawodu robią pelerynę skrywającą na przykład ich ukrytą agendę polityczną czy biznesową. Doniesienia z frontu wojny nie trafiają na szpalty mediów. A powinny. Oto co ma do powiedzenia Marek Palczewski:
„Krzysztof Feusette w „Uważam Rze” pisze, że nie ma dziennikarzy niezależnych, a ich medialnymi nastrojami kierują polityczni działacze. Dziennikarze stacji TVN są łagodni względem Platformy Obywatelskiej, a napastliwi wobec opozycji. Podobnie stronniczy są Stefan Bratkowski, Tomasz Lis, Ernest Skalski czy Piotr Bratkowski. Feusette zarzuca dziennikarzom wazeliniarstwo i manipulację. Jego zdaniem Katarzyna Kolenda – Zaleska uprawia propagandę informacyjną. Do negatywnych bohaterów Krzysztofa Feusette należy również Marcin Meller, dziennikarz – celebryta, który naraził się m.in. zaproszeniem do swojego programu premiera Tuska.
W „Polityce” Janina Paradowska analizuje front „pisowskich dziennikarzy”. Do tego frontu należy – zdaniem autorki - „Rzeczpospolita”, która stara się zachowywać pozory pluralizmu i drukuje też autorów krytycznych wobec PiS. Ale głównym orężem jest tygodnik „Uważam Rze”, tak bardzo z tygodnia na tydzień radykalizujący się, że – jak pisze autorka - nawet w „Gazecie Polskiej” zapanował nastrój paniki. Jednak jej zdaniem prawdziwą potęgę PiS reprezentuje w Internecie, gdzie dysponuje wieloma stronami sympatyzującymi z tą partią: Niezależna.pl, Fronda.pl, Salon24.pl, czy wPolityce.pl.”
Dalej autor przytacza kolejne przykłady:
„Zaglądam do „Przeglądu Tygodniowego”, a tam artykuł Henryka Markiewicza „Cynizm >>Rzeczpospolitej<<”, w którym autor atakuje Pawła Lisickiego, Piotra Skwiecińskiego, Piotra Zarembę, Krzysztofa Feusette, Bronisława Wildsteina, Jerzego Jachowicza i Rafała Ziemkiewicza, zarzucając im obłudę, cynizm, insynuacje, przeinaczenia, manipulację i lubowanie się w obelgach.”
Padają cytaty innych: choćby Kazimierz Kutz uważa, że „nieskurwionych dziennikarzy w każdym mieście można policzyć na palcach jednej ręki”. Odchodząca szefowa tej instytucji wyraziła pogląd że „ześwinianie się ludzi w dziennikarstwie, jak w każdym innym zawodzie, widać gołym okiem. Jesteśmy cząstka społeczeństwa. Nie jesteśmy wolni od tych zjawisk.”. Szefowa straciła też nadzieję na pojednanie środowisk dziennikarskich po katastrofie smoleńskiej.
Kryzys takich zawodów jak dziennikarz pokazuje stan instytucji państwa polskiego. Normy etyczne zdają się zaniknąć, osoby wykonujące zawód zgodnie z jego sztuką są marginesem i cierpią ekonomicznie na utracie dawnego statusu przez całą tą grupę zawodową. Jeśli pod znakiem zapytania jakieś osoby stawiają normy i wartości wykonywania danego zawodu, to chyba powinny zmienić swój status. W mediach można być też autorem. Rozdawanie statusu dziennikarza wszystkim piszącym wg mnie doprowadziło do zaniżenia poziomu, powoduje że pod wciąż dający prestiż zawodowy parasol chronią się si, którzy nań nie zasługują.
Dziennikarze w Polsce zdają się wciąż żyć w świecie 1.0. Tylko nieliczni adepci tej sztuki istnieją w popularnych sieciach internetowych grupujących osoby uprawiające dana profesję. Portale mikrobloggowe są zdobyte raczej przez tych najbardziej otwartych. Dziennikarze są nieobecni w sieciach społecznościowych, rozumieją niewiele ze współczesnej polskiej kultury czy sztuki. Są zamknięci w wieżach z kości słoniowych, zdominowane przez jednostki przekonane o nieomylności swoich osądów. Mobbing, zaobserwowany w SDP, najprawdopodobniej jest normą także i w redakcjach. Uwiąd standardów już na samej górze tej profesji daje odczucie na temat stosunków wśród członków takich gremiów.
Bardzo możliwe że środowisko polskich dziennikarzy dla oczyszczenia siebie potrzebuje nowych, konkurencyjnych organizacji branżowych. Zaobserwowane nieprawidłowości sugerują rozkład dotychczasowych instytucji, całkowity zanik norm i wartości poniżej poziomu mieszkańców polskich przedmieść. W SDP można spotkać chamstwo, mobbing, agresję, dyktat instytucji nieformalnych. Instytucja ta, pozbawiona szans na realizację swojej misji, winna zostać zastąpiona instytucjami nowej epoki. Być może powinna się odrodzić w innym miejscu, w innym, bardziej dbałym o standardy zawodowe gronie, zapewne znacznie mniej licznym, zapewne bardziej jawnym i otwartym dla publiczności, także tej sieciowej, stanowiącej rdzeń współczesnego społeczeństwa obywatelskiego. Tylko w takim ruchu upatruję metody na renesans zawodu dziennikarza w Polsce. Organizacje w rodzaju SDP wydają się być zdominowane przez nieformalne instytucje.
„Gdy dobrzy ludzie będą milczeć, zło zatryumfuje”- straszą dziś etycy. Nie powinniśmy w milczeniu przyglądać się losowi polskiego dziennikarstwa. Warto wypominać, jak bardzo przypadkowi są dziennikarze wielu polskich mediów, nie mający żadnego przygotowania ani kwalifikacji zawodowych. Jakość pracy wielu dziennikarzy głównych mediów leży znacznie poniżej warsztatu bloggerów-amatorów, o profesjonalistach świata nauki nie wspominając. Część polskich dziennikarzy ze słowa pisanego uczyniła trybunę swoich uprzedzeń, nie bojąc się też ich uzewnętrzniać w zawodowym towarzystwie. Na spotkaniu wymieniono nazwiska Jana Pospieszalskiego czy Tomasza Lisa jako chodzące przykłady nowego gatunku dziennikarstwa upolitycznionego. Zwykli dziennikarze funkcjonują w cieniu politycznych show swoich łamiących zasady zawodu kolegów. Patrzą na losy, czasem sukcesy, czasem polityczne porażki swoich zawodowych towarzyszy, i wyciągają wnioski. Zdaje się, że także polityczne.
Trudno nie zauważyć że atmosfera pobłażania dla wyczynów pseudodziennikarzy zdominowała Kongres SDP. Środowisko nie odcina się od takich postaci, trzeba więc – nowego środowiska. Dziś założenie organizacji, choćby tylko wirtualnej przestrzeni dyskusji, jest proste, zależy tylko od woli samych zainteresowanych. SDP taką platformą nie jest, jest instytucją z minionego świata technologii komunikacyjnych. Trudno nie oprzeć się wrażeniu że dziennikarze żyją poza współczesną bohemą sztuki i kultury, są wyobcowaną ze społeczeństwa wiedzy grupą. Tylko nieliczne jednostki odnajdują się w scyfryzowanej współczesności, nierzadko tworząc wokół siebie całe społeczności internetowe. A przecież- tak odnieśli sukces współcześni dziennikarze- tworząc wokół siebie w różnym stopniu otwarte środowiska wymiany poglądów.
Pobyt w świątyni dziennikarskich standardów zawodowych przypominał wizytę w lamusie społeczeństwa 1.0. Żyjącego z- tych cyfrowo nieokrzesanych , samemu jednocześnie będąc takim. Kim są ci ludzie? O większości z nich nic nie usłyszymy we współczesnych mediach masowej komunikacji: sieciach społecznościowych, portalach mikrobloggerskich. Może w znacznej części to są socjopaci wyoutowani ze współczesnej polskiej bohemy kultury i sztuki? I przekonani o swoim zbawiennym wpływie na społeczeństwo, realizowanym za pomocą zachodzących technologii komunikacyjnych? Może to w upadku tego środowiska, także upadku społecznym, technologicznym, należy szukać przyczyn słabej kondycji tego sektora?
Patrząc na niektórych adeptów sztuki dziennikarskiej chcących nas najwyraźniej pobić przy wyjściu, można się zastanawiać: mamuty? skamieliny? cyfrowe średniowiecze? Oparta na snobizmie i manii wielkości wieża z kości słoniowej? Etyka zawodowa wyceniona przez rynek na poziomie etyki sprzedawców używanych samochodów? Dokąd zmierza polskie dziennikarstwo? Miejmy nadzieję że w kierunku przemian, także instytucjonalnych. Konieczne bez wątpienia są nowe instytucje tego sektora, bo w reformę tych istniejących, przeżartych najzwyklejszą korupcją części wykonujących ten zawód, trudno uwierzyć. Dziennikarstwo w Polsce, to rasowe dziennikarstwo wykonywane wg zasad sztuki dziennikarskiej, skurczyło się do chyba niewielkiej niszy,, i nie powinniśmy z tej okazji milczeć. Także nie powinniśmy milczeć widząc cyfrowe wykluczenie przedstawicieli tej warstwy zawodowej. W części nawet wrogiej przemianom technologicznym na rynku mediów.
Adam Fularz dla „Wydawca Mediów” i „Ekonomika Kultury”, czerwiec 2011
Literatura:
Akerlof, George A. (1970). "The Market for 'Lemons': Quality Uncertainty and the Market Mechanism". Quarterly Journal of Economics(The MIT Press) 84 (3): 488–500.

środa, 11 maja 2011

Proste rozwiązanie problemów rynku mediów w Polsce

Uważam że obowiązkiem ekonomisty jest objaśniać rzeczywistość zgodnie z zasadami naukowymi. Jest to bardzo trudny rygor moralny, ponieważ nakazuje odrzucenie emocji, narzucających się teorii spiskowych i faktoidów na rzecz bardzo wnikliwego, precyzyjnego i sprawdzanego przez osoby w zewnętrznych redakcjach dyskursu.



Geneza problemu
Przyczyną polskich niedomagań jest także słabe opisanie i wyjaśnienie rzeczywistości. Dla ekonomisty analizującego polską rzeczywistość rzuca się w oczy skąpość literatury, nieliczność wnikliwych analiz, także ekonomicznych, a przede wszystkim zaś- nieliczność analiz wysokiej jakości. Nie wysokonakładowego chrzanienia, ale popartej źródłami analizy wiarygodnych autorów o uznanym warsztacie.

Polska spoczywa w zastoju, ponieważ w powijakach znajduje się rynek medialny. Gazeta, Moi Drodzy Państwo, nie kosztuje złoty pięćdziesiąt, ale około 10 złotych. Wszystko poniżej jest tanią prasą, żółtą prasą, pobieżnymi informatorami bez środków finansowych na dziennikarski risercz, na wysokojakościowe dziennikarstwo. Przecież w Polsce większość kosztów składowych wydawania prasy codziennej jest taka sama jak w krajach Europy Zachodniej, albo nieznacznie tylko niższa. Skąd więc te ceny prasy? Co można zrobić za 40 eurocentów?

Bez zmiany tego przykrego stanu będziemy niewolnikami przykrego państwa peryferii, państwa po przekroczeniu granicy którego od razu widzimy różnicę względem państw Europy Zachodniej. Rozlicznych polskim problemów nie ma bowiem gdzie opisać, nie ma gdzie podać sposobów na ich rozwiązanie. Nigdy w Polsce nie powstała bowiem Gazeta Codzienna. Jest to czasopismo liczące około kilkudziesięciu stron, z osobnymi wkładkami dla felietonów, kultury, czasopismo w którym szefem działu muzycznego jest osoba z tytułem doktorskim, i którego doniesienia gospodarcze może zacytować w swojej pracy naukowiec, bez obawy o cytowanie faktoidów.

Pochodząc z regionu przygranicznego, porównując prasę po obu stronach granicy, konstatuję że rzeczywistość po polskiej stronie granicy niemal nie jest opisana. Nie może też być- z braku stosownych miejsc. Moi znajomi niemieccy profesorowie swoje nudne analizy regionalnego budżetu Brandenburgii mieli gdzie publikować. Po polskiej stronie granicy- takich miejsc brak.

Marginalizacja prasy jakościowej
Nieliczna prasa inteligencka dotycząca np. spraw regionalnych, jak na przykład czasopismo „Puls” w Zielonej Górze, jest nawet niedostępna zwykłym śmiertelnikom, będąc rozprowadzana tylko w abonamencie. Jest czasami finansowana przez polityków z pieniędzy podatników, wobec czego oczekiwać można cenzury krytycznych tekstów i uwikłania.

Styl pisania rodzimej inteligenckiej prasy jest nadal zbyt daleki od prasy opiniotwórczej Europy Zachodniej. Tam dominują dłuższe i poważniejsze teksty. Po polskiej stronie granicy- jest krótko i lekko, redakcje preferują krótkie i pieprzne teksty. Na specyficzne problemy się nie pisze. Pozostają nieopisane.

Blogi i media obywatelskie rewolucji nie zrobiły- mają mały zasięg, są amatorskie, rzadko uaktualniane. Przypominają lamus zbędności. Nieliczne agregatory odniosły nieznaczną popularność. Z prasą codzienną nijak im się ścigać. Prowadzę serwis agregujący lokalne blogi z Zielonej Góry i okolic. Nic to nie daje- media takie wymagają sporych nakładów reklamowych by stać się popularne, a zbiorcza atrakcyjność wszystkich blogów w nawet milionowym regionie jest niewielka. Również skromne są liczby odwiedzających ową zbiorówkę.

Mam kolejne pomysły na dalsze podobne serwisy. Ale rewolucji one nie zrobią. Blogi i media obywatelskie są chaotyczne, niezorganizowane, o różnorodnej jakości. Nie są to media jakościowe, mające domniemany obowiązek raportowania o wszystkim ważnym dla danej grupy socjoekonomicznej na jakiej się skoncentrowały. „Newspaper of record”- to właśnie gazet tej półki nie uświadczymy w Polsce.

Tabela: Średnia dzienna sprzedaż prasy w kategorii "Newspaper of record" w Niemczech
  • Frankfurter Allgemeine Zeitung (FAZ) 367.983
  • Süddeutsche Zeitung 445.822
  • Die Welt 256.185
dane wg IVW 1/2010

W Polsce nie kupuję jakichkolwiek mediów poza gazetami sportowymi. Niemal nie wydaję pieniędzy na cokolwiek. Sięgam po owe agregatory blogów, czytam media obywatelskie, czytam prasę naukową, i to wszystko. Czasem sięgam po kwartalniki lub, z rzadka i tylko w kawiarniach, po prasę codzienną niskiej jakości, owe „żółte tytuły” za złoty pięćdziesiąt.

Banalne rozwiązanie wielkich problemów
Możemy snuć wielkie teorie, ale rozwiązania polskich problemów mogą być banalne. Sam nawet myślę o założeniu gazety (podbierającej wyedukowanych czytelników „Wyborczej”). Niestety, moje dotychczasowe próby dziennikarskie świata nie zawojowały, a portal na którym piszę sukcesu nie odniósł. Choć uczciwie przyznaję że swojego dziennikarstwa nigdy nijak nie zareklamowałem poza moim profilem w sieci społecznościowej.

Na medium z prawdziwego zdarzenia należy mieć kapitał, zarówno ten finansowy jak i ludzki. Nikt się jeszcze nie zdecydował poważnie zainwestować w polskie media. Ciekaw jestem, ile kosztowałoby stworzenie jednej Gazety Codziennej, i czy miałaby szansę na polskim, przecież w skali Europy atrakcyjnym rynku. Być może byłoby trudno.

Brakuje wielu różnych „otoczek” rynku prasowego. W Niemczech owe opasłe gazety codzienne czyta się np. podróżując pociągiem, podczas gdy w Polsce ten środek transportu jest kilkakrotnie rzadziej wykorzystywany. Ponadto polska kolej nie jest koleją szwajcarską, i plakat „mądry jeździ koleją” przedstawiający Pana siedzącego na fotelu i zasłoniętego płachtą gazety, w Polsce byłby egzotyką. Ta kategoria pasażerów w większości w Polsce ze zdezelowanej kolei nie korzysta.

Recepta na zmianę
Po moich narzekaniach w przeszłości powstały w sumie 3 nowe gazety codzienne. Przetrwały dwie. Żadna- jakościowej rewolucji nie zrobiła. Dominują w nich teksty płytkie, krótkie. Wciąż nie mam gazety codziennej do której mógłbym wysłać jeden z moich nudnawych tekstów. Choć bez wątpienia jest postęp- oto drukuje się już moich kolegów, co wcześniej byłoby nie do pomyślenia z racji politycznego związania tanich gazet codziennych.

Jestem sceptyczny wobec mediów elektronicznych, choć po Warszawie często podróżuję autobusem, czytając z netbooka. Ostatnio czytam także media elektroniczne poprzez telefon. Jednocześnie nie wierzę w zdolność mediów bezpłatnych do rozwiązania polskich problemów, zaś w dziedzinie płatnych mediów elektronicznych nie powstało nic godnego uwagi.

Sytuacja w Polsce w mojej opinii się zmieni, gdy nie tylko w metropoliach, ale i w polskich regionach spopularyzują się, nieobecne dziś, media klasy „newspaper of record”. Dla przykładu, aktualnie w tej chwili, właśnie dziś, zrywa się torowisko tramwajowe w Gliwicach oraz wyrywane są tory przedwojennej kolei miejskiej w Zielonej Górze. Gdybyśmy żyli w Niemczech, rozpisałoby się na te tematy co najmniej kilka gazet wysokiej jakości, debatując na temat polityki transportowej polskich miast. W Polsce stało się odmiennie- to właśnie „tania prasa” prowadziła kampanię za rozbiórką torów, które w wielu wyżej rozwiniętych krajach buduje się od zera, wydając setki milionów złotych. Krytyczne uwagi specjalistów owa tania prasa ocenzurowała.

Na polskim rynku medialnym piętno odcisnęły dwie największe afery 20-lecia (afery: FOZZ i Rywina). Wciąż żywe są dywagacje na temat pochodzenia kapitału z którego stworzono na przykład popularną konserwatywną telewizję prywatną. Nowe medium po prostu rozcięłoby ten węzeł gordyjski. W zdrowej gospodarce przedsiębiorcy po prostu zebraliby swój kapitał i stworzyliby spółkę która takie medium wydawałaby.

Niestety- moja wiedza biznesowa z zakresu modeli biznesowych w mediach jest tylko wyrywkowa. Regularnie czytam doniesienia na temat losów światowych „newspapers of record”. Mają one rozliczne problemy w związku z przechodzeniem z modelu prasy papierowej na elektroniczną. Gwiazdami na tym nieboskłonie są dziś takie media jak Huffington Post- skrzyżowanie mediów obywatelskich z klasyczną prasą elektroniczną. I ten model biznesowy polecałbym ewentualnym inwestorom, samemu jednocześnie składając akces do takiego przedsięwzięcia.

A.Fularz, ilustracja:cc wikimedia, autor: creator-bz

Kondycja lokalnych demokracji a stan rynku mediów lokalnych w Polsce

Wiele osób ma różne oczekiwania odnośnie demokracji lokalnej na szczeblu samorządowym. Spieszę rozczarować. Skuteczność procedury wyborczej, w ogóle skuteczność lokalnej demokracji, zależy mocno od rynku mediów. Tymczasem w ostatnich 4 latach, ze względu na rozwój Internetu, a także procesy globalizacyjne, które dosięgnęły media lokalne w Polsce, doszło do znacznych zmian gospodarczych w tym sektorze.

W międzyczasie od poprzednich wyborów samorządowych doszło także do procesów migracji młodej części populacji, zarówno w kierunku Europy Zachodniej jak i dużych polskich aglomeracji. Miasta takie jak Wałbrzych przedstawiano w relacjach podróżników jako niemal pozbawione osób młodych ze względu na migracje. Za miasta o zaburzonej migracjami strukturze demograficznej można uznać m.in. Szczecin, Łódź, Grudziądz, Zieloną Górę. Migrują zwłaszcza osoby dobrze wykształcone, klasa kreatywna, młoda klasa twórcza.

Migracje te mają wpływ na procesy polityczne: brakuje zarówno części elektoratu, jak i części potencjalnych kandydatów. Niestety- ze względu na karygodną i zatrważającą nieaktualność danych demograficznych GUS, ekonomiści nie posiadają nawet tak podstawowych danych jak wielkość zaludnienia poszczególnych miast. W oficjalnych statystykach tej skamieniałej instytucji nie uwzględnia się migracji.

Radio i telewizja
Szczególnie telewizję uważało się w minionych dekadach za główne narzędzie dotarcia do wyborców. Tymczasem w wyborach samorządowych radio i telewizja w przeszłości przedstawiały kandydatów w bardzo, bardzo nierównych proporcjach. Co więcej, o ile na antenie ogólnopolskiej zlicza się czas poświęcony kandydatom różnych partii, w telewizjach regionalnych, także tych publicznych, tych pomiarów brak.

Co więcej, regionalnych telewizji publicznych w Polsce de facto nie ma. W Republice Federalnej Niemiec regionalne telewizje publiczne wraz z regionalnym publicznym radio tworzą trójmedialne regionalne korporacje radiowo-telewizyjno-internetowe. Anten regionalnych funkcjonuje 9. Dysponują własnym regionalnym kanałem telewizyjnym, możliwym do poświęcenia w całości na sprawy regionu. Korporacje które pokrywają więcej niż jeden land, produkują oddzielne kanały dla zaopatrzenia medialnego każdego z 16 landów (np. kanał SWR Rheinland-Pfalz).

Tabela. Regionalne trójmedialne korporacje publiczne w RFN, wg wikipedia.de

NazwaSkrótLogoSiedzibaWpływy abonamentowe za 2004 (Mln. Euro)ZatrudnienieRok. zał.Obszar działania
Bayerischer RundfunkBR-München80628931949Bayern
Hessischer RundfunkhrHR-LogoFrankfurt am Main38319001948Hessen
Mitteldeutscher RundfunkMDRMDR-LogoLeipzig56120231991SachsenSachsen-AnhaltThüringen
Norddeutscher RundfunkNDR-Hamburg89234471956HamburgNiedersachsen,Schleswig-Holstein (alle seit 1956), Mecklenburg-Vorpommern (od 1992)
Radio BremenRadio-Bremen-LogoBremen413001945Bremen
Rundfunk Berlin-BrandenburgrbbRBB-LogoBerlin,Potsdam34016502003BerlinBrandenburg
Saarländischer RundfunkSRSR-LogoSaarbrücken646351957Saarland
SüdwestrundfunkSWRSWR-LogoStuttgart92236481998Baden-Württemberg,Rheinland-Pfalz
Westdeutscher Rundfunk KölnWDRWDR-LogoKöln106742101956Nordrhein-Westfalen
W Polsce centralizacja kraju czytelna jest przede wszystkim w strukturze mediów. Warto przypomnieć, że w RFN kanał pierwszy telewizji publicznej jest nadawany przez związek działających w Niemczech publicznych nadawców regionalnych. Pasma lokalne, jeśli są stosowane, to w zupełnie innym wymiarze geograficznym niż w Polsce. Dla przykładu, regionalna stacja publiczna WDR stosuje pasma lokalne aby nadawać lokalne dzienniki telewizyjne oddzielnie dla każdego z 11 większych miast regionu.

Przyrównując ta sytuację do Polski, to wówczas telewizja publiczna nadająca TVP1 czy TVP2 byłaby związkiem telewizji regionalnych. Nadawanoby np. program WOT jako osobny całodzienny kanał telewizyjny, z pasmami regionalnymi na dzienniki telewizyjne dla Płocka, Radomia, Siedlec, Ostrołęki etc. W Polsce niestety nie wykształciła się nowoczesna telewizja publiczna, a ilość czasu antenowego jaką do dyspozycji u nadawcy publicznego mają nawet półmilionowe konurbacje, jest nierzadko marginalna.

Cierpi na tym jakość debaty publicznej. Przeprowadzenie kampanii wyborczej w telewizji publicznej dla, dajmy na to, półmilionowej konurbacji Legnickiego Okręgu Miedziowego, nie jest w tym systemie możliwe. Zapisy w ustawie o radiofonii i telewizji, narzucające także publicznym telewizjom regionalnym obowiązki rzetelnego ukazywania całości wydarzeń, sprzyjania swobodnemu kształtowaniu się poglądów obywateli, sprzyjania swobodnemu formowaniu się opinii publicznej, nie są w podanym przypadku nawet w marginalnym stopniu realizowane.

Autor tekstu, pochodząc z województwa lubuskiego, musiał onegdaj ingerować w Warszawie, by lokalna telewizja publiczna mogła zorganizować debatę na większą skalę niż jeden mówca i jedna osoba prowadząca wywiad. Jak się okazało, nie posiadano nawet odpowiednio większego studia, by pomieścić stół z 6-7 panelistami. Musiano skorzystać z sali teatralnej w budynku dawnej hali miejskiej. Lokalna telewizja publiczna TVP, gdy rozkładała swoje przenośne studio np. na Winobraniu w Zielonej Górze, sprawiała w oczach autora wrażenie niezwykłego ubóstwa i tymczasowości. Wydaje się że nie jest ona technicznie zdolna do przeprowadzenia programów wyborczych o odpowiedniej jakości.

Nie inaczej wygląda sytuacja publicznego radio. Regionalna korporacja WDR nadaje także 5 regionalnych stacji radiowych, co umożliwia ich profilowanie pod konkretne gusty. Standardowo, zwykle korporacje te oferują regionalny kanał radiowy profilowany pod osoby młode, a niekiedy kolejny kanał profilowany pod dzieci. W Polsce są to kategorie całkowicie pominięte przez regionalne kanały Polskiego Radia. Korporacja WDR nadaje także kanał radiowy Funkhaus Europe profilowany pod obcokrajowców przebywających na terytorium regionu- rzecz nie do pomyślenia w Polsce, zapominającej o możliwości integracji mieszkających na jej terytorium cudzoziemców.

Sytuacja na polskim rynku radiowym jest w opinii autora kuriozalna: drastycznie różne są wskaźniki napełnienia eteru stacjami radiowymi. W ocenie autora władze stosują protekcjonizm rynku radiowego. Częstotliwości dostępne w Polsce pozwalają na nadawanie wielokrotnie większej liczby programów radiowych w polskich regionach. Gdy porównamy zagęszczenie stacji radiowych np. w Warszawie i w Zielonej Górze, zauważymy szokujące różnice. Ale organ odpowiedzialny za częstotliwości wcale ich nie udostępnia. Zamiast 100 czy 50 stacji działa ich kilkanaście. Trudno uwierzyć w tłumaczenia o braku częstotliwości.

Dodatkowo w Polsce brak jest tzw. „Freies Radio”, wolnych radio, niekomercyjnych, niezależnych publicystycznych stacji radiowych o lokalnym zasięgu, jakie są np. cechą rynków radiowych krajów niemieckojęzycznych. Są one prowadzone np. przez grupy antyatomowe, antywojenne i tym podobne grupy nacisku.

W Wielkiej Brytanii czy Holandii folklor uzupełniają setki stacji pirackich, których nadawcy, ze względu na niezależne sądownictwo w tamtych krajach, ryzykują jedynie utratą nadajników. W opinii autora programy stacji pirackich były ciekawsze, miały często bardzo lokalny, osiedlowy charakter, sprzyjały spajaniu bardzo lokalnych społeczności.

Kuriozalna prezentacja programów
Praktyka nawet z krajów uznanych za niepełne demokracje pokazuje że media audiowizualne, radio, telewizja, potrafiły w atrakcyjny medialnie sposób zaprezentować wszystkich kandydatów bez zanudzania widzów: na przykład prezentowano ciąg krótkich odpowiedzi kilkunastu kandydatów różnych partii na jedno określone pytanie, pytano np. o politykę kulturalną, transportową etc, a następnie emitowano krótkie odpowiedzi kilkunastu kandydujących.
W Polsce autor nigdy nie spotkał się z przekrojową prezentacją kandydatów w telewizji. Logistycznie organizowano debaty przy stołach jakby prezydialnych, w której mogło uczestniczyć najwyżej 3-4 kandydatów, a nie kilkunastu. Wydaje się że nawet nigdy nie opracowano metod na atrakcyjne dla telewidzów zaprezentowanie kandydatów.

Prasa drukowana
Dla demokracji lokalnej największe potencjalne znaczenie w polskich warunkach ma prasa drukowana. Tymczasem doświadczenia autora pokazują że normą polskiego rynku wydawniczego w regionach są rynki płytkie. Występuje jeden, góra dwa podmioty o silnej pozycji. Częstokroć za publiczne pieniądze władz lokalnych wydawane są czasopisma lokalne rugujące z rynku czasopisma prywatne, albo też zapełniają one lukę którą wypełniłyby (być może) podmioty prywatne.

Czasopisma lokalne wydawane przez władze lokalne i kontrolowane przez polityków nie mają jednak charakteru biuletynów, blatów urzędowych. Starają się często przypominać normalne czasopisma, jednocześnie nie trzeba ukrywać że reprezentują interesy ich wydawców. Nikt nie reguluje tej kampanii prowadzonej za publiczne pieniądze. Dodatkowo samorządy finansowo wspierają określone tytuły wydawane przez podmioty prywatne. Sposób finansowania tej prasy (skądinąd często potrzebny- ubóstwo regionu niekoniecznie musi oznaczać brak prasy dla intelektualistów) niestety powoduje jej zależność, dworskość wobec lokalnych władz.
Codzienna prasa lokalna w Polsce nacechowana jest przez tabloidyzację. Drukowane media regionalne w Polsce są wydawane przez cztery znaczące grupy: Agora (22 lokalne wydania dodatków do tabloidu średniego rynku), Verlagsgruppe Passau - Polskapresse (7 lokalnych wydań w ramach tabloidu średniego rynku), Axel Springer Polska (7 lokalnych mutacji tabloidu dolnego rynku), Mecom Group Polska (9 tabloidów średniego i dolnego rynku, z mutacjami lokalnymi). Do tego istnieje wciąż szereg codziennych gazet niezależnych.

Rynek ten jest w stanie dramatycznie złym. Nie istnieje podstawowy segment prasy codziennej wysokiego rynku. Trudno znaleźć choć jedną regionalną gazetę codzienną wpasowującą się w ten model biznesowy. Jest on bardzo kosztowny, taka gazeta codzienna w polskich warunkach kosztowałaby ok. 10- 12 PLN. Takie są jednak koszty jakościowo i warsztatowo poprawnego dziennikarstwa.

Dziennikarze prasy regionalnej dolnego i średniego rynku są bardzo nisko opłacani, gazety które jeszcze pół dekady temu były tabloidami średniego rynku (middle-market), dziś zorientowały się na rynku dolnym, na mniej wymagających czytelnikach. Normą jest opieranie nawet całych redakcji na dziennikarzach bez doświadczenia, normą jest wysoka rotacja personelu. Model biznesowy niektórych z wymienianych grup oparty jest na maksymalnie dużym zatrudnianiu stażystów, praktykantów, studentów, celem zmniejszenia kosztów tworzenia kontentu. Pauperyzacja, ubożenie wielu regionów dodatkowo negatywnie odbija się na kondycji prasy.

Rynek prasy codziennej w wielu regionach kraju ma charakter duopolu, lub, w największych ośrodkach, oligopolu. We Wrocławiu doszło na przykład do kontrowersyjnej z punktu widzenia prawa antymonopolowego transakcji przejęcia trzech gazet, „Słowo Polskie", "Wieczór Wrocławia" i „Gazety Wrocławskiej” przez pojedynczy koncern, który złączył je w jeden tytuł.
Koncerny Mecom, Axel Springer, a szczególnie Verlagsgruppe Passau są uznawane za koncerny oferujące produkty dla jednoznacznie konserwatywnych odbiorców. Niemniej, na rynku polskim oferują one produkty o dramatycznie różnej jakości niż na rynkach Europy Zachodniej. Dziwi to, ponieważ jakość proszków do prania czy past do zębów generalnie zbliża się do standardów Zachodniej Europy, proces ten nie dotyczy jednak mediów drukowanych. Jest to zastanawiające.

Media elektroniczne
Autor podjął pobieżną analizę finansów lokalnych mediów elektronicznych. Model biznesowy finansowania tych mediów z reklam wymaga przyciągnięcia ogromnego czytelnictwa w przypadku modelu odpłatności za kliknięcie reklam. Nawet dzienny ruch rzędu kilkudziesięciu tysięcy czytelników nie jest w stanie wygenerować pokrywającego koszty strumienia finansowego. Wpływy reklamowe mniejszych portali lokalnych i regionalnych, o kilkuset- kilku tysiącach wejść internautów dziennie, są często symboliczne. Media te nie są w stanie się samofinansować, są zwykle prowadzone woluntarystycznie, hobbystycznie. Komercyjne regionalne portale internetowe na wielu rynkach lokalnych nie występują, bądź mają pozycje oligopolistyczne.

Kampanie polityczne w polskich warunkach
Praktyczny brak telewizji regionalnych lub prasy wysokiego rynku uniemożliwia praktycznie na terenie większości kraju prowadzenia kampanii wyborczej opartej o argumentację, o debatę publiczną. Rynek medialny jest w fazie możliwe że znacznego niedorozwoju. Znikoma ilość regionalnych stacji telewizyjnych wywołana radykalną centralizacją mediów publicznych, całkowita tabloidyzacja codziennej prasy regionalnej powoduje że na debatę polityczną brak jest nawet miejsca. Kwestie dysproporcji finansowych komitetów startujących w kampanii możliwe że wcale nie są najpoważniejszym problemem polskiej demokracji szczebla lokalnego. Zaś to co obecnie bierzemy za demokrację lokalną- obawiam się że jeszcze nią nie jest.

Adam Fularz
ilustracja: cc wikimedia, autor: Rahlgd

Doniesienia