czwartek, 3 marca 2016

Polskie media zawiodły...


Jestem wielkim krytykiem polskich mediów. Sądzę że walczą one z objawami, a nie z przyczynami różnych chorób. Polskie media zawiodły, w sposób aż zagrażający polskiej demokracji.

Nie jestem wielkim znawcą polityki, ale nie jestem też ślepy. Przed wyborami parlamentarnymi roku 2015 opisywałem, że odbędą się one w cieniu kryzysu związanego z uchodźcami.

Nadal sądzę, że nie myliłem się. Podejście wobec muzułmańskich uchodźców przeorientowało polską politykę. Wygrały nastroje ksenofobiczne, islamofobiczne. Jestem przekonany, że to problem uchodzców odegrał główną rolę w polskich wyborach parlamentarnych 2015- i nadal ją odgrywa.

Szczególnym przypadkiem jest sukces ruchu Kukiza, który szczególnie silnie wyrażał różne poglądy związane z uchodźcami. Także partia rządząca w mojej opinii zyskała dzięki problemowi uchodźców. W mojej ocenie- to nie obietnica 500 złotych na drugie i kolejne dziecko- ale właśnie problem uchodźców zadecydował o takim, a nie innym wyniku wyborczym w Polsce.

Dla mnie zupełnie ewidentne jest, że kluczem do problemu polskiej polityki- jest właśnie problem uchodźców, owa antyislamska fobia. Bez jego rozwiązania nie pójdziemy nigdzie dalej.

Media tymczasem, zamiast zająć się przyczynami, wałkują różne efekty tej zmiany politycznej. Dla mnie- jest to pozbawione znaczenia. Nie zajmuję się walką z objawami, widząc nierozwiązane przyczyny.

Możliwe że to sprawa uchodźców jest najważniejszym kryterium podziału politycznego w Polsce, to sprawa uchodźców zadecydowała o wygranej wyborczej określonych grup politycznych i przegranej- innych grup. Dziś- wzdłuż stanowiska wobec uchodźców- definiuje się niemiecka polityka, a islamofobiczna partia AfD zyskała nagle 3. wynik wyborczy.

W Polsce media zdecydowanie nie dokonują długoookresowej analizy polskiej polityki. Jeśli miałbym takiej analizy dokonywać, za główny temat roku 2015 - i być może także 2016 - wybrałbym temat uchodźców. To on zdominował polską politykę.

Wśród polskich mediów mało kto zauważył wage tego tematu i znaczenie nastrojów antyimigranckich. Mam wrażenie że media w Polsce zyją tzw. "bieżączką" i zapominają o ważnych tematach które tak naprawdę definiują kierunki polskiej polityki i zadecydowały o konserwatywnym skręcie polskiej polityki.

Temat uchodźców, którzy wywarli najbardziej znaczący wpływ na polską politykę od co najmniej dekady, nie został potraktowany w sposób na jaki zasługuje. Temat nie został potraktowany z należną mu powagą i skalą.

Owszem, nadal się dyskutuje na temat imigrantów. Ale skala tej dyskusji jest niewspółmierna do skali zmian politycznych jakie ten temat, ten problem wywołał.

Otrząśnijmy się- podział polityczny dziś odbywa się nie na linii prawica- lewica, ale na linii podejścia do tematu uchodźców. Media w Polsce traktują tą sprawę z niemożliwą do zniesienia ignorancją.

Sprawa KOD, Trybunału Kostytucyjnego i inne biezące tematy nie są niczym więcej jak skutkiem. Skutkiem niewłaściwego przedyskutowania tematu uchodźców w polskich mediach.

Polskie media zawiodły. Po prostu. Pracuję w tej branży, jestem założycielem branżowej organizacji właścicieli mediów, i mogę to po prostu stwierdzić.

TVP od zawsze była telewizją rządową

Polityk, który idzie na wojnę z mediami, ma prawo napisać na swojej wizytówce jedno słowo: idiota- tak miał mawiać Henry Kissinger.

W Polsce mamy do czynienia z mediami bardzo słabymi, rachtycznymi. Politycy mogą wydać im walkę, i co więcej, tą walkę wygrać. Skarb Państwa przez lata finansował znaczną część mediów i jest poważnym graczem na rynku mediów. Sam kotroluje PAP, TVP. Polskie Radio i wiele innych podmiotów. Politycy mogą w Polsce walczyć z mediami.

TVP w Polsce nie może liczyć na oddolne wsparcie zwykłych obywateli- zawsze była telewizją rządową, państwową. Nie była medium obywatelskim, za którym mogliby się wstawić obywatele. Zwykłych artystów TVP nie pokazywała, na antenie dominowali celebryci, znani z tego że są znani. Zwykli artyści młodego pokolenia występuja na przykład w brytyjskim BBC 1Xtra, ale nie w polskim TVP.

Wśród młodego pokolenia programy TVP mają oglądalność taką jak stacje tematyczne. Młodych ludzi TVP nie interesuje, nie ma im niemal nic do zaoferowania. Widownią TVP są starsze wiekiem pokolenia, dla których TVP nie jest czymś tak ważnym by w obronie niezależności politycznej państwowej stacji wychodzić na ulicę.

Polskie Radio ma prawie żadną słuchalność w młodym pokoleniu. Także więc dla tego pokolenia bez znaczenia jest los Polskiego Radia. Równie dobrze tą stację możnaby zlikwidować.

Gdyby nagle zlikwidowano TVP, PAP i Polskie Radio, wątpię czy wśród polskiego młodego pokolenia ktoikolwiek spostrzegłby w ogóle stratę. Oglądam polskie media społecznościowe, i prawie nie pojawiają się w nich jakiekolwiek linki do programów czy audycji TVP lub Polskiego Radia. Stacja działa na marginesie zainteresowań polskiego młodego pokolenia i nie dziwmy się, że nikt nie występuje w obronie tych państwowych mediów porzed ich politycznym podporządkowaniem nowej władzy.  

Oglądalność Tv Trwam

Telewizja Trwam w listopadzie ubiegłego roku miała minutową oglądalność na poziomie 50 tys. osób, co oznacza 0,73 proc. udziału w rynku. Miesiąc później - 0,74. Informację o badaniu oglądalności za Nielsen Audience Measurement podaje portal Wirtualnemedia.pl


Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75478,17708037,Nielsen_zbadal_ogladalnosc_TV_Trwam__Jest_porownywalna.html#ixzz3xAGeYYF1

Co politycy mogliby zrobić dla poprawy sytuacji ludności, to zreformować media publiczne.

Co politycy mogliby zrobić dla poprawy sytuacji ludności, to zreformować media publiczne.

Media lokalne powinny być wydzielone z TVP. TVP jest firmą nadającą się do natychmiastowego podziału. Wszystkie "anteny regionalne" zostałyby wydzielone z TVP, czyli- oddziały regionalne przestałyby być częścią TVP. TVP straciłaby wszystkie "anteny" i oddziały poza Warszawą.

Wzorem Niemiec, utworzonoby regionalne media publiczne. Połączonoby lokalne rozgłośnie radia publicznego- z regionalnymi ośrodkami TVP. Powstałoby 16 lub 17 nowych kanałów telewizyjnych- zlaeżnie od ostaecznej liczby województw.

W Niemczech istnieje szereg kanałów telewizji publicznej o zasięgu regionalnym. W Polsce reforma TVP poszłaby po prostu w stronę rozbicia TVP, pozostawienia "anten ogólnopolskich" i uniezależnienia "anten regionalnych" od TVP, owej krytykowanej instytucji z ulicy Woronicza.

Regionalnych telewizji publicznych w Polsce de facto nie ma. W Republice Federalnej Niemiec regionalne telewizje publiczne wraz z regionalnym publicznym radio tworzą trójmedialne regionalne korporacje radiowo-telewizyjno-internetowe. Anten regionalnych funkcjonuje 9. Dysponują własnym regionalnym kanałem telewizyjnym, możliwym do poświęcenia w całości na sprawy regionu. Korporacje które pokrywają więcej niż jeden land, produkują oddzielne kanały dla zaopatrzenia medialnego każdego z 16 landów (np. kanał SWR Rheinland-Pfalz).

W Polsce centralizacja kraju czytelna jest przede wszystkim w strukturze mediów. Warto przypomnieć, że w RFN kanał pierwszy telewizji publicznej jest nadawany przez związek działających w Niemczech publicznych nadawców regionalnych. Pasma lokalne, jeśli są stosowane, to w zupełnie innym wymiarze geograficznym niż w Polsce. Dla przykładu, regionalna stacja publiczna WDR stosuje pasma lokalne aby nadawać lokalne dzienniki telewizyjne oddzielnie dla każdego z 11 większych miast regionu.

Przyrównując ta sytuację do Polski, to wówczas telewizja publiczna nadająca TVP1 czy TVP2 byłaby związkiem telewizji regionalnych. Nadawanoby np. program WOT jako osobny całodzienny kanał telewizyjny, z pasmami regionalnymi na dzienniki telewizyjne dla Płocka, Radomia, Siedlec, Ostrołęki etc. W Polsce niestety nie wykształciła się nowoczesna telewizja publiczna, a ilość czasu antenowego jaką do dyspozycji u nadawcy publicznego mają nawet półmilionowe konurbacje, jest nierzadko marginalna.

Cierpi na tym jakość debaty publicznej. Przeprowadzenie kampanii wyborczej w telewizji publicznej dla, dajmy na to, półmilionowej konurbacji Legnickiego Okręgu Miedziowego, nie jest w tym systemie możliwe. Zapisy w ustawie o radiofonii i telewizji, narzucające także publicznym telewizjom regionalnym obowiązki rzetelnego ukazywania całości wydarzeń, sprzyjania swobodnemu kształtowaniu się poglądów obywateli, sprzyjania swobodnemu formowaniu się opinii publicznej, nie są w podanym przypadku nawet w marginalnym stopniu realizowane.

Nie inaczej wygląda sytuacja publicznego radio. Regionalna korporacja WDR nadaje także 5 regionalnych stacji radiowych, co umożliwia ich profilowanie pod konkretne gusty. Standardowo, zwykle korporacje te oferują regionalny kanał radiowy profilowany pod osoby młode, a niekiedy kolejny kanał profilowany pod dzieci. W Polsce są to kategorie całkowicie pominięte przez regionalne kanały Polskiego Radia. Korporacja WDR nadaje także kanał radiowy Funkhaus Europe profilowany pod obcokrajowców przebywających na terytorium regionu- rzecz nie do pomyślenia w Polsce, zapominającej o możliwości integracji mieszkających na jej terytorium cudzoziemców.

Praktyczny brak telewizji regionalnych lub prasy wysokiego rynku uniemożliwia praktycznie na terenie większości kraju prowadzenia kampanii wyborczej opartej o argumentację, o debatę publiczną. Rynek medialny jest w fazie możliwe że znacznego niedorozwoju. Znikoma ilość regionalnych stacji telewizyjnych wywołana radykalną centralizacją mediów publicznych, tabloidyzacja codziennej prasy regionalnej powoduje że na debatę polityczną brak jest nawet miejsca. Zaś to co obecnie bierzemy za demokrację lokalną- obawiam się że jeszcze nią nie jest.

Adam Fularz 2010- 2015

środa, 2 marca 2016

Prowadzenie wydawnictwa w praktyce. Wywiad prasowy.

Pan sobie nie wyobraża, jakie trudne jest prowadzenie agencji informacyjnej w sieci Internet, kiedy trzeba być ze wszystkim najszybszym, i jakie straty wywołuje czyjeś opóźnienie.

Od rządu przedsiębiorca oczekuje że nikt mu nie będzie niszczył biznesu, a taka sytuacja ma miejsce obecnie. Z uwagi opóźnien różnych wykonawców, problemy ma zamawiający, czyli ja.

Rądzący oczekują innowacyjnych rozwiązań, ale przez to problemy ze skomplikowanymi zleceniami mają programiści. Wypełniam te wytwory informatyków danymi i jest to niespodziewanie trudne i żmudne zadanie.

Proszę powiedzieć jaki projekt realizuje Pan za środki z działania 8.1? Co to za pomysł? Na czym polega?

Jest to agencja prasowa działająca w świecie kultury i teatru, która zamierza poszerzyć działalność o danie wykonawcom szansy własnoręcznego sprzedania swojej twórczości, spóbowania z tym przynajmniej.

W którym naborze starał się Pan o dotację i jaką kwotę Pan pozyskał?
Już nie pamietam, Umowę podpisałem w grudniu 2012 roku, pełen nadziei. Czekałem 4 miesiące na zaliczkę, by w ogóle móc wystartować.

Dlaczego zdecydował się Pan na taką formę finansowania swojego pomysłu?
Jest to niedochodowe. Firmę prowadzę od 20 lat dość hobbystycznie, po prostu dokładam do tego interesu. W zamian za to nikt mi nie dyktuje co mam robić. Widział Pan gdzieś telewizję ze współczesną operą? Nigdzie w Polsce takiej nie ma, poza naszym kanałem Radiotelewizja.


Czy pisaniu wniosku o e-dotację korzystał Pan z firmy doradczej?
Tak, było to bardzo drogie, biznesplan był zrobiony świetnie, aczkolwiek szacunki kosztów były zrobione zbyt zgubnie, okazały się niedoszacowane. WIele rzeczy okazało się w istocie wielokrotnie droższe, różnice miejscami były kilkukrotne z biznesplanem, zwłaszcza w sferze obróbki filmów wideo online- tutaj zgłosił się tylko jeden chętny do wykonania, a ceny miał zabójczo wysokie. Już go zresztą znaliśmy z wygórowanych cen w innych postępowaniach ofertowych, gdzie także startował. Na tym poległem.

Jak wygląda sam proces wypłacania dotacji? Czy otrzymywał Pan środki w formie zaliczek?
Otrzymałem zaliczkę tylko raz, na samym początku. Oszczędzałem te środki i starczyły do samego końca planowanego okresu trwania projektu, ale projekt - mimo przedłużenia jego okresu formalnie o pół roku, w ogóle się nie zakończył. Minął okres kwalifikowalności projektu a wykonawcy dalej się nie uporali ze zleceniem. Niedługo kolejnej firmie, 5-tej z rzędu, minie rok pracy nad tym projektem.

Kiedy Pana projekt miał zostać zrealizowany i dlaczego to się jeszcze nie udało? Skąd trudności?
Niech Pan się zapyta programistów? To żmudna praca. Co innego gdy ktoś robi pseudonarzędzie które ma tylko spełnić wymogi dotacji unijnej, jak mi tłumaczył wynajęty przez PARP konsultant- a co innego gdy dane narzędzie informatyczne ma naprawdę pracować i zarabiać już na starcie.

Kichę można prosto i tanio wykonać, coś przydatniejszego- jest trudniej. Już w tej chwili prowadzimy 100 tytułów prasowych w całym kraju, a projekt dopiero ma kilkanaście procent zaawansowania i obsługuje nieliczne formaty danych.

opr. A. Fularz 2016

Rok 2013, konkurs koncesyjny: Krajowa Rada Dyskryminacji

Przyznam się że coraz mniej rozumiem z otaczającej mnie rzeczywistości. Oto  Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji ogłasza konkurs o koncesje naziemne na telewizję o charakterze społeczno-religijnym, co być może jest gratką dla szeregu stacji internetowych działąjących w sieci Internet. Jej szef, pan Dworak, podpisuje dokument łamiący nawet zwykły kodeks karny, jakby nieświadom tego że każda osoba dotknięta jego treścią może pójść na prokuraturę, złożyć zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa i jeszcze wygrać w sądzie odszkodowanie za naruszenie jej praw podstawowych. Jak mniemam, odszkodowania za działania pana Jana zostaną wypłacone z pieniędzy podatników, a on sam może mieć problemy prawne- to on jest podpisany pod owym dokumentem.

Pan Jan Dworak poinformował (Monitor Polski z dn. 27 grudnia 2012 r.) w swoim ogłoszeniu (Poz. 1014) z dnia 20 grudnia 2012 r. o możliwości uzyskania koncesji na rozpowszechnianie programu telewizyjnego o charakterze społeczno- religijnym. Jednocześnie zawarł w nim treści dyskryminujące nadawców ze względu na ich wyznanie:

"Program będzie zawierał transmisje i relacje z nabożeństw i uroczystości religijnych, wydarzeń z życia Kościoła i społeczeństwa, edukował w zakresie historii i współczesności chrześcijaństwa w duchu nauczania Stolicy Apostolskiej i jedności z Episkopatem Polski".


Ów fragment jednoznacznie dyskryminuje nadawców ze względu na wyznanie- mniemam że trudno mieć tu wątpliwości. Każdy dotknięty dyskryminacją może stwierdzić że naruszono jego prawa, złożyć stosowne zawiadomienie do prokuratury czy na policję, przeciwko panu Dworakowi i jego instytucji.

A może się mylę? Czy sądownictwo w Polsce jeszcze działa? Dziwi jakaś pewność siebie tych osób. Chciałbym ze smutkiem przypomnieć że niemal wszyscy nadawcy z mniejszości wyznaniowych, dzięki działalności instytucji kierowanej przez pana Dworaka, działają w sieci Internet. Można naliczyć dziesiątki stacji telewizyjnych i radiowych, sądząc z ich popularności w mediach społecznościowych, mających więcej, tyle samo lub niewiele mniej fanów i zwolenników ile np. czołowy państwowy kanał telewizyjny TVP 1. Niektóre mają nawet ok. 930 tys. fanów (jak np. portal VICE).

Wymienię kilka. Są to zarówno stacje rozrywkowe, wyznaniowe, muzyczne, jak i nawet telewizje  (radio "Chrześcijanin", młodzieżowa "Rastastacja", rodzimowiercze "RadioWid", żydowskie “Nagen Dawid” czy www.warsawjewishradio.pl). Do tego sieć wyznawców utrzymuje w mediach społecznościowych sieci prosumenckie- jako osoby prywatne nadają one poprzez media społecznościowe treści dla swoich współwyznawców, i liczba tych prosumentów, jednocześnie konsumujących przekaz mediów jak i go tworzących, idzie w dziesiątki tysięcy.

Dyskryminacja na tle wyznaniowym okazuje się być smutnym i dramatycznym faktem. Jest mi przykro że pod owym dokumentem podpisała się osoba, która na publicznych debatach (pamiętam jedną w siedzibie "Krytyki Politycznej"), głosiła inne poglądy.

O ile w Holandii każda znacząca mniejszość wyznaniowa i światopoglądowa ma przyznane pasma nadawcze, o tyle w Polsce sytuacja jest odwrotna- w oficjalnym eterze szerzej obecna jest tylko dominująca grupa wyznaniowa, inne wyznania nie mają przyznanych częstotliwości. System obecny w Holandii jest nazywany filarowym, i oparty jest na idei przyznawania pasm nadawczych w ilości odpowiadającej liczbie członków danej publicznej organizacji nadawczej. Organizacji takich działa dość wiele, reprezentują mniejszości wyznaniowe i światopoglądowe. Takie jak ateistów, katolików, protestantów, liberałów, buddystów, etc. (lista: http://en.wikipedia.org/wiki/Netherlands_Public_Broadcasting#Member_based )

Wzywam do zaniechania dyskryminacji na tle wyznaniowym przez Pana Przewodniczącego Jana Dworaka. Jest to czyn zabroniony, zarówno przez Konstytucję Rzeczpospolitej Polskiej, jak i Kodeks Karny. Sądzę że Pan Jan Dworak nie ma prawa ograniczać praw i szans nadawców innych wyznań, a poszkodowanym grupom nadawców i wyznawców należą się stosowne odszkodowania wynikłe z ograniczenia ich praw i szans.

Przypomnę stosowne zapisy z Konstytucji RP:
Art. 32.
Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne.
Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny.

A.Fularz 2013

Czy uda sie przetrwać na polskim rynku?

Kiedyś opublikowałem tekst, w którym dowodziłem że łatwo jest założyć ogólnopolską gazetę codzienną. Cofam te słowa, myliłem się, i sam wpadłem w pułapkę swojej własnej pewności siebie.

Dziś jestem właścicielem gazety ogólnopolskiej z ponad 100 wydaniami lokalnymi. I co z tego, skor wydania te nie zarabiają nawet na koszty 100 domen, nie wspominając o kosztach serwerowni czy kosztach gaż dla autorów.

Wydawnictwo które prowadzę nadal działa, ale jest cieniem dawnej świetności, gdy zatrudniało kadrę z tytułami doktorskimi, licznych dobrze płatnych pracowników mediów.

Okazuje sie że w Polsce jezt miejsce tylko dla mediów ztabloidyzowanych, komercyjnych, zaś tradycyjna prasa sprzedaje się słabo. Porwanie się na stworzenie ogólnopolskiej gazet dziś oceniam jak porwanie się z motyką na słońce.

To co z tego, że w bazie mamy prawie 50 tysięcy artykułów prasowych, skoro zarobki z ponad 2 milionów czytelników są tak nikłe że szkoda gadać. Reklamy moglibyśmy równie dobrze usunąc, dochód z nich jest aż tak niski.

W przeszłości prowadziłem portal dzięki któremu udawało sienam dostawać na 1. stronę w Google News. Średnio dziennie mieliśmy nawet 70 tysięcy czytelników, ale także to nie wystarczało na pokrycie kosztów.

Media to utopia. Dziwię się, jak działają w Polsce większe od naszego tytuły prasowe, skoro - rynek ten okazał się tak mizerny.

Dziś- w moim wydawnictwie jest tylko gorzej. Gdy jeszcze "biznes" się kręcił, ubiegałem się o częstotliwośc na nadawanie naziemne, co pozwoliłoby ocalić tytuł na tak trudnym rynku.

Nie wiem, co się stanie z moim wydawnictwem, bo nawet nowoczesne rozwiązania zajmują ogromnei wiele czasu by je wdrożyć. Nawet do 2-3 lat. Ostatnią pracę zespół programistów wykonuje dla nas już ponad rok. W informatyce to cała wieczność.

Błędem okazało się korzystanie z dotacji unijnej. Koszty transakcyjne rozliczenia dotacji unijnej okazały się tak samo wysokie jak i sama dotacja, a do tego ryzyko było bardzo, bardzo wysokie. Większość pracy i tak musiałem wykonać w efekcie własnoręcznie.

Zastanawiam się, co przyniesie przyszłość, i wydaje mi się że to nie będzie nic dobrego. W Internecie przetrwają tylko najsilniejsze firmy. Moje wydawnictwo, najstarsze w Polsce, mające 355-letnią tradycję na rynku, może zniknąć już wkrótce. Inne wydawnictwa rozwijają się na tym rynku, zmieniając się w stronę tabloidów. Wynajęci eksperci też to doradzali.

Nie wiem, czy uda się nam przetrwać. Sam jestem ciekaw...

opr. af 2015

Media mają w Polsce... władzę refleksji

Prowadzę media. Coraz trudniej jest wydobyć odpowiedź na jakiekolwiek pytania od polityków. Władza mediów- rzekomo mają one jakąś władzę kontrolną- jest fikcją, bo politycy nawet nie odpowiadają na zapytania z mediów. Nie udostępniają swoich adresów email publicznie, a jeśli nawet, to uzyskanie odpowiedzi wymaga zwykle wizyty w ich biurze. I to osobistej.

Na 100 wysyłanych majli do samorządów, biur polityków, wraca procentowo coraz mniej odpowiedzi. Kiedyś uzyskiwaliśmy wskaźnik 20 % odpowiedzi, dziś jest to już tylko kilkanaście procent. W ogóle rzadkością są kompetentni politycy, którzy odpowiedzą w pełnych zdaniach na zadane pytania. Większość odpowiedzi jest krótka, lakoniczna, na odczepnego.

Radni miejscy to najtrudniejsza grupa samorządowych polityków. Nie odpowiadają na pytania prasowe czy apele, uważają że nie muszą. Ich adresy email tylko bardzo rzadko są gdziekolwiek zamieszczane. Częśto- bardzo trudno się z nimi skontaktować, bo urzędy miejskie nie zamieszczają żadnych danych kontaktowych.

Ciekaw jestem, jak sobie radzą z tym przeciętni obywatele, zwykli mieszkańcy, którzyby chcieli dotrzeć do radnych miejskich. Najczęściej nie jest to możliwe. Radni nie udostępniają żadnych możliwości skontaktowania się z nimi.

W Polsce istnieje kilka ministerstw, zwłaszcza tych nowych, jak Ministerstwo Gospodarki Morskiej, które nie udostępniają danych kontaktowych. Nie można zadawać pytań prasowych, chyba że przez sieć społecznościową Facebook.

Z częścią polityków, jeśli nie z większością, jedyny możliwy kontakt to sieć Facebook. Nie udostępniają swoich adresów email, telefonów etc. Nie sposób im wysłać nawet listu.

Ponoić demokracja obejmuje także prawo do bycia wysłuchanym. Nie w Polsce, gdzie do większości polityków nijak nie trafimy. Zupełną fikcją są natomiast rzecznicy prasowi. Zwykle starają się spławiać natrętnych dziennikarzy, stanowią skuteczną tamę pomiędzy mediami a politykami - czy to centralnymi, czy to samorządowymi.

W Polsce aż nie chce mi się prowadzić małej, niewielkiej agencji prasowej. Prowadzę ją hobbystycznie jako dodatek do serwisu informacyjnego. Jednak uzyskiwanie odpowiedzi z wielu polskich urzędów w ogóle nie jest możliwe.

Dziwię się więc osobom, które zapewniają jakoby media miały jakąś władzę. To chyba władza... refleksji, bo na tyle można sobie pozwolić. Nie ma mowy o kontrolowaniu polityków, bo ci skutecznie odcięli do siebie dostęp, otoczywszy się rzecznikami, inspektorami, zastępcami, którzy skutecznie blokują próby przeprowadzenia wywiadu, bezpośredniej konfrontacji. Tylko bardzo rzadko udaje się przeprowadzić w polskich warunkach wywiad z jakimś politykiem.

Pozwólmy skonać tzw. mediom publicznym w spokoju- nadszedł ich czas


Tytułowe słowa nie są moimi słowami- napisała je redaktorka Ewa Wanat na łamach Medium Publicznego. Podpisuję się pod tym stwierdzeniem, a także wieloma innymi, jakie  padły w tekście pani Ewy Wanat.

"Nie ma w Polsce mediów publicznych i nigdy nie było. Zawsze były to media państwowe, rządowo-partyjnie-koalicyjne. Teraz będą jednopartyjne.  I przynajmniej nikt nas nie okłamuje jak dzieci, które nie rozumieją, co się dzieje"- tłumaczy kobieta.

Wielu osobom trudno zrozumieć, że nie można mówić o mediach publicznych w Polsce. Te zawsze były upolitycznione, a teraz będą także upolitycznione, tylko że w inną stronę. Nie robi mi to wielkiej różnicy.

Kilkakrotnie próbowałem zainteresować tzw. "polskie media publiczne"- na przykład losem kolei miejskiej w Zielonej Górze, którą niedawno zlikwidowano, czy też losem pasażerskiego portu lotniczego w Białymstoku, który zlikwidowano- czyniąc z Białegostoku największe miasto Unii Europejskiej bez czynnego portu pasażerskiego. Próbowałem zainteresować te media tematem naprawy połączenia kolejowego do portu lotniczego w Zielonej Górze, który stał się portem - widmo (czas dojazdu autobusem jest jednak dwukrotnie dłuższy niż czas dojazdu koleją pasażerską).

Za każdym razem towarzyszył temu wielki zlew, i w ogóle foch. Nigdy żaden z tych tematów nie znalazł się na antenie. Ostatni raz media tzw. "publiczne" podjęły jakiś temat, który podesłałem, może z 10 lat temu. Obsługuję ponad 100 tytułów prasowych prowadząc małą agencję prasową, i wiem że na media tzw. "publiczne" nigdy nie można liczyć, a czas poświęcony na kontakt z tymi "mediami publicznymi" jest czasem- bezpowrotnie straconym.

Z perspektywy mojej agencji prasowej nic się nie zmieni. Choćby i zlikwidowano w Polsce 100 % sieci kolejowej, media te nie nazwą rzeczy po imieniu (swego czasu próbowaliśmy je zainteresować tematem zlikwidowania połowy sieci kolejowej Polski). Choćby i zlikwidowano prawie wszystkie porty lotnicze, nic się nie zmieni (swego czasu te media nie opublikowały naszych doniesień o zlikwidowaniu ponad połowy pasażerskich portów lotniczych w Polsce).

Z racji zainteresowań zawodowych (jestem z wykształcenia ekonomistą miast i regionów) dużo piszę o lokalnej gospodarce, o depopulacji polskiej prowincji, i przedstawiam zupełnie inny pogląd niż w przedstawiajacych "pozytywną narrację" mediach tzw. "publicznych". W Polsce, aby dotrzeć do widowni, korzysdtam tylko z sieci społecznościowych, mając wrażenie że poglądy które przedstawiam, są chyba przerażające dla obozu rządzącego tzw. "mediami publicznymi".

Wielokrotnie byłem zapraszany i występowałem w różnych kanałach telewizyjnych jako ekspert, ale w tzw. "mediach publicznych" po raz ostatni wystąpiłem chyba kilkanaście lat temu, wypowiadając się na tematy infrastruktury i gospodarki regionalnej. Po tym okresie moje poglądy przestały pasować wydawcom tzw. "mediów publicznych".

Pozwólmy tzw. "mediom publicznym" przejść kolejną metamorfozę. Zasługują na to. Nigdy nie były obrońcą wolności słowa, do tego stopnia że tylko raz - w ciągu ostatnich 10 lat- oglądałem program TVP- był to odcinek programu dokumentalnego "System 09" o polskiej transformacji ustrojowej. Wypowiadali się w nim polscy naukowcy, którzy, by móc osiągnąc karierę naukową ze swoimi nieprzychylnymi rządzącym poglądami, musieli wyjechać za granicę.

Nie mam złudzeń, że lepiej nie będzie. Dla mnie jest bez znaczenia, jaki los spotka media tzw. "publiczne". Nie powinniśmy protestować, bo w obronie- ja się pytam- czego? Wśród młodych widzów media publiczne mają oglądalność na poziomie kanałów tematycznych, moje nieliczne fimy na Youtube miały o wiele więcej widzów i o wiele większy zasięg niż minutowa oglądalność mediów tzw. "publicznych" w interesującej mnie grupie docelowej młodego pokolenia.

Powiedzmy sobie szczerze- media tzw. "publiczne" to w Polsce oferta dla osób starszych wiekiem, nie przedstawiająca zupełnie nic dla młodszego pokolenia. To nie jest brytyjskie BBC 1Xtra, gdzie można posłuchać muzyki młodego pokolenia. Tutaj dominuje przekaz do nie mojego pokolenia, nie mojej generacji. Jest mi zupełnie obojętne, co stanie się z mediami tzw. "publicznymi". Nigdy, w żaden sposób, one mi nie pomogły, nie wsparły żadnej inicjatywy którą wspierała moja redakcja, nigdy, w żaden sposób nie były pomocne i od dekady nie były zainteresowane niczym co promowaliśmy. Niech spotka ich los, na jaki zasłużyły.

Doniesienia